- O mateczko… – wyszeptał osłupiały Gienio odprowadzając wzrokiem długonogą blondynkę.
- Widziałeś?
Znowu zaszeptał, tym razem pochylając się w stronę Zbynia, który zatopił wzrok w szklance z „balentyną” i zapomniał o bożym świecie.
- Taka blondyna…
Kolega nie zareagował.
- Zbyniu! Żyjesz?
- Co?
- Niedosłyszysz, niedowidzisz? Mówię, że “lala” jak blask objawienia! – zdenerwował się Gienio.
- No i?
- Ty wiesz, co? Niedowidzisz, niedosłyszysz i niedorozumiesz. Wolny jesteś! Mnie nie wolno, Alinka by mnie zamordowała tępą łyżką.
- No – z nutką refleksji przytaknął Zbynio.
- Co „no”? Nie wolno mi, czy Alinka?
- No
Powtórzył znowu Zbynio, tym razem wkładając głębokie przekonanie, w to krótkie, a tak treściwe słowo.
- Masz rację. Ciężko być żonatym w czasach zarazy…
Gienio tęsknym wzrokiem omiótł pub.
- Pod taką presją człowiek jest, że ledwo się w spodniach z nerwów można utrzymać. Wystarczy reklamę szminki obejrzeć, albo podpasek. Jeszcze trochę, a sam zacznę ten damski szajs kupować.
- Te z aplikatorem? – zainteresował się życzliwie przyjaciel.
- Weź, bo cię strzelę. Ja tu o poważnych sprawach, a ty mi orientację chcesz zmieniać.
- No – powrócił Zbynio, nie w porę, w przestrzeń ulubionego słowa.
- Jednak cię strzelę. Do niedorozumienia dodam jeszcze niedomaganie.
Gienio ze złością chwycił drinka i jednym haustem posłał go w przeszłość.
- Mówię o czasach ciężkich! Emanacji, „epatacji”, afirmacji, degradacji, „golizacji”…
Ciężkie „Uch’ uleciało znad szklaneczki whysky
- O widzisz i tu zaczynasz mówić rozsądnie. Człowiek się „naogląda”, nasłucha, potem nie wie, w co ręce włożyć! – perorował Gienio z pasją – Nie daj boże niech się jakiś „bok” przytrafi, to dramat zaraz. A wiadomo przecież, że wszystko ma swoją wytrzymałość. Ze stali nie jesteśmy!
- No
- Co ty tam wiesz. Z równouprawnienia korzystasz w całej rozciągłości. Ja, „No” mogę powiedzieć, ty siedź cicho.
- No – zgodził się Zbynio.
Gienio palcem pokazał barmanowi pustą szklankę po drinku. Przez chwilę milczał, by wreszcie, łamiącym się głosem, poradzić przyjacielowi:
- Ożeniłbyś się w końcu, Zbyniu. Serce się kraje…
Dostałem swoje piwo. Nie słuchałem dalej.
Kto by słuchał gdyby akurat znał tę blondynkę?

