Feeds:
Wpisy
Komentarze

- O mateczko… – wyszeptał osłupiały Gienio odprowadzając wzrokiem długonogą blondynkę.
- Widziałeś?
Znowu zaszeptał, tym razem pochylając się w stronę Zbynia, który zatopił wzrok w szklance z „balentyną” i zapomniał o bożym świecie.
- Taka blondyna…
Kolega nie zareagował.
- Zbyniu! Żyjesz?
- Co?
- Niedosłyszysz, niedowidzisz? Mówię, że “lala” jak blask objawienia! – zdenerwował się Gienio.
- No i?
- Ty wiesz, co? Niedowidzisz, niedosłyszysz i niedorozumiesz. Wolny jesteś! Mnie nie wolno, Alinka by mnie zamordowała tępą łyżką.
- No – z nutką refleksji przytaknął Zbynio.
- Co „no”? Nie wolno mi, czy Alinka?
- No
Powtórzył znowu Zbynio, tym razem wkładając głębokie przekonanie, w to krótkie, a tak treściwe słowo.
- Masz rację. Ciężko być żonatym w czasach zarazy…
Gienio tęsknym wzrokiem omiótł pub.
- Pod taką presją człowiek jest, że ledwo się w spodniach z nerwów można utrzymać. Wystarczy reklamę szminki obejrzeć, albo podpasek. Jeszcze trochę, a sam zacznę ten damski szajs kupować.
- Te z aplikatorem? – zainteresował się życzliwie przyjaciel.
- Weź, bo cię strzelę. Ja tu o poważnych sprawach, a ty mi orientację chcesz zmieniać.
- No – powrócił Zbynio, nie w porę, w przestrzeń ulubionego słowa.
- Jednak cię strzelę. Do niedorozumienia dodam jeszcze niedomaganie.
Gienio ze złością chwycił drinka i jednym haustem posłał go w przeszłość.
- Mówię o czasach ciężkich! Emanacji, „epatacji”, afirmacji, degradacji, „golizacji”…
Ciężkie „Uch’ uleciało znad szklaneczki whysky
- O widzisz i tu zaczynasz mówić rozsądnie. Człowiek się „naogląda”, nasłucha, potem nie wie, w co ręce włożyć! – perorował Gienio z pasją – Nie daj boże niech się jakiś „bok” przytrafi, to dramat zaraz. A wiadomo przecież, że wszystko ma swoją wytrzymałość. Ze stali nie jesteśmy!
- No
- Co ty tam wiesz. Z równouprawnienia korzystasz w całej rozciągłości. Ja, „No” mogę powiedzieć, ty siedź cicho.
- No – zgodził się Zbynio.
Gienio palcem pokazał barmanowi pustą szklankę po drinku. Przez chwilę milczał, by wreszcie, łamiącym się głosem, poradzić przyjacielowi:
- Ożeniłbyś się w końcu, Zbyniu. Serce się kraje…

Dostałem swoje piwo. Nie słuchałem dalej.
Kto by słuchał gdyby akurat znał tę blondynkę?

Zawilce

Muzyka

(***)

Pojedźmy zobaczyć zawilce
Niech obiecają nam lato
Zielonym szeptem wyśpiewają
„Jutro, jutro, jutro”
Wypełnią sobą myśli, wciąż zimowe
Zgarbione wyprostują plecy
Uniosą opuszczona głowę
Pojedźmy. Jedźmy razem
Ucieszmy oczy ”nowym”

***S, czasami wystarczy jedno zdanie, jeden dźwięk.

Człek się zmaga. Zmaga się i miota między tym, czego chce, co powinien i musi, a co wypada. Zazwyczaj wypada najmniejsza linia oporu. Jednostki, którym wypada inaczej kończą w wariatkowie, zostają artystami geniuszami (w swojej dziedzinie), albo zwyczajnie dostają kopa za kopem od losu i bliźnich z tegoż powodu. Albowiem – jak mówi pismo – nie będziesz gryzł kagańca powinności, ani srał w ład społeczny własnym „widzi mi się”.
Co to by się działo gdyby każdemu coś się widziało?
Co to by się działo gdyby każdemu coś innego się chciało?
Chaos czysty i brak poszanowania norm. A norma ważna jest!
Norma weryfikuje, do normy można się odnieść. Norma nie tylko podpowiada, ale i ustala, którą drogą iść nam trzeba, jakie ze ścieżek są słuszne. Pomocna ta norma. Prawda?
To przedziwne i sprytne narzędzie nie jest niezmienne. Nic, bowiem nie jest stałe i wraz z przemijającym czasem kurczy się (nawet wszechświat), zawężając margines. Nie, że atrofia zaraz, wręcz przeciwnie. Można by powiedzieć, że śmiałym krokiem bieży ku renesansowi, tęsknie wspominając stosy.
A człek? Cóż człek, on też się kurczy, lecz zgoła inaczej, chociaż margines też mu się zawęża. Kto jednak patrzy na marginesy? One są zbędne. To kawałek czystej, sporadycznie używanej powierzchni, którą można zaoszczędzić. Jeżeli się jej pozbędzie, to nawet przestanie kusić! A wiadomo, „czego oczy nie widzą tego sercu nie żal”.
Reasumując, bo póki, co nie wiadomo, o czym mówię a nie chcę za dużo marudzić.
Rozwija się i tworzy, przy naszym czynnym (bo biernym), udziale piękny i cudny świat pełen dobrze wykształconych, bezdusznych, sytych kretynów.

Siedział bez ruchu tępo wpatrując się w ekran monitora, z którego wielką tłustą czcionką kłuł w oczy komunikat: Nie masz nowych wiadomości.
Nim zapadł się w ten bezmyślny bezruch pomyślał, że dzień bez poczty wcale nie zapowiada się dobrze. Miało być inaczej, miał głęboko, z ulgą odetchnąć i od samego początku zająć się czymś pożytecznym. Tymczasem wcale nie miał na to ochoty. Dziś przeczytałby list od Niej. Dzisiaj, z marszu, by na niego odpowiedział, nie układając słów w zdania, nie bojąc się, że napisze za dużo. Chciał napisać „za dużo”, w ogóle chciał „za dużo”. Gdyby tak było, to Ona mogłaby wziąć dziś wolne, poszliby na spacer. To nic, że wiatr i deszcz ze śniegiem. Zmarznięci wróciliby do domu. Usiedliby przy stole i opowiedziałby jej jak bardzo nie rozumie świata, jak niesprawiedliwy mu się wydaje. Być może zabrałby ją ze sobą po południu do hospicjum, gdzie zbliżał się już czwarty pogrzeb, w jakim miał uczestniczyć. To dużo, bardzo dużo, wbrew statystyce, której on sam się wymknął. Bardzo potrzebował, żeby Ona przechowała wszystkie kawałki, na jakie się rozsypuje w poczuciu niezrozumiałego poczucia winy widząc te wszystkie łzy, czując na sobie ciężar chwytających się go, jak tratwy, bezsilnych ramion, ściągających na samo dno rozpaczy…
Jej mógłby pokazać swoje łzy. Nie mógł powiedzieć, że to jego przyjaciele, albo bliscy, ale…
Siedział czując jak smolista czerń czcionki pochłania jego myśli, oblepia kleistym zimnem, paraliżując jakąkolwiek chęć. Dzień się kończył, nim się zaczął bezgwiezdnym mrokiem liter. Wcale nie jest taki mocny, jak się wszystkim wydaje.
U zmierzchu tego budzącego się dnia oddałby duszę diabłu za jeszcze jeden cud.

Amazing, czyli naiwne historie

Muzyka - tutaj

___________________________________

- Idę wziąć prysznic.
Nie widział jej. Poczuł jej ruch. Łóżko zaskrzypiało niespokojnie.
- Nie idź.
Wyciągnął rękę, by wyłowić jej bliskość z ciemności.
- Cała jestem spocona…
Poskarżyła się, ale nie uciekła spod jego dłoni.
- Nie idź. To jest też mój pot.
Przysunęła się do niego. Łóżko nie zaskrzypiało, tym razem zaszumiało miękko kołdrą. W mroku zapaliła się mleczna latarnia jej skóry.
- Opowiadałeś mi kiedyś bajkę o człowieku, który się pocił. Pamiętasz?
Zaśmiał się. To było tak dawno, że stało się aż naiwne.
- Tak. Pamiętam.
- Opowiedz mi znowu jakąś bajkę.
Przylgnęła do niego, rozpraszając jego cień. Zadrżał. Zawsze tak miał, kiedy Ona była tak blisko.
- Dobrze…

…Słońce wyglądające zza horyzontu wlewało się świtem do pokoju przez bezwstydnie przeźroczyste okna. Leżeli tak jak my teraz, blisko, spokojnie, bez pośpiechu wracając oddechami z niedawnej podróży. Jej przetykane siwizną włosy łaskotały go w nos. Przestała je farbować. Nie, dlatego że przestała o siebie dbać tylko, dlatego że się ich nie wstydziła, tak jak nie wstydziła się zmarszczek. Były świadkami lat, które dane było im spędzić ze sobą. Opowiadały niełatwą historię bycia razem mimo wszystko i wbrew wszystkiemu w imię najważniejszej rzeczy na świecie. Ona dla niego też nie byłaby tą samą kobietą, gdyby zaczęła tuszować i ukrywać, był szczęśliwy mogąc patrzeć na to jak się starzeje , bo starzeją się razem, we dwoje. Ona nie była księżniczką, On nie był księciem, byli tak zwyczajni jak tylko zwyczajnym być można. Tylko jedno było w nich niezwykłe: Nie zapomnieli o tym, co najważniejsze, nie zgubili tego, co najcenniejsze, nie roztrwonili na niepotrzebne drobiazgi miedzianego grosza, jakiego podarowało im życie.
I wiesz co? Tak naprawdę, chociaż oni nie zdawali sobie z tego sprawy, nigdy ich nie dopadła starość. W oczach innych, a przez ich dom przewijało się wielu ludzi, zawsze wydawali się być zadziwiająco młodzi, jakby czas się dla nich zatrzymał, jakby całe to miejsce, gdzie zbudowali swój gościnny dom kpiło sobie z toczącego się wszędzie indziej, wartkim nurtem, życia.
Odeszli, bo nikt nie jest wieczny, ale nie zapomniano o nich. Darowali światu, który ich odwiedzał wiarę w coś więcej i chociaż to wcale nie było, ani proste, ani łatwe, świat powoli zarażał się tą wiarą.
I żył przez to długo i szczęśliwie.

Zapadło milczenie. Nie odezwała się, nie pochwaliła, nie zachwyciła jego naiwną opowieścią. Zasnęła. Wtedy, w szarzejącym już przedświtem pokoju, zauważył w jej włosach pierwszą, srebrną iskrę. Uśmiechnął się do swojej nagrody nim sam zasnął.

Niby notka…

*Śnie ostojo moja, jak jesteś błogi, ten tylko się dowie,
kto cię stracił. Dziś całe twe błogosławieństwo chcę wyśnić.
Kołdro, co w łóżku odpoczynku mego  strzeżesz…

- Smutas! Smutas, wstawaj!
- Ummrrr…
- Smutas!!!
- Co …umrr… jest? Umrrr…
Zamruczał Smutas, wcale nie chcąc wstawać.
- Jezu, co ja się z tobą mam? Wiesz, która godzina? Jedenasta!
Smutas potarł dłońmi twarz i otworzył oczy.
- Tercy weź ty się odpie…
- Tylko bez wulgaryzmów. Wstawaj, trzeba coś napisać. No już. Ząbki, kawka i notka. Śliczna, liryczna, nowiutka…
- Ciebie pogięło! Przyjechałem o czwartej rano! Daj mi się wyspać!
Oburzył się Smutas, bo ze wszystkich rzeczy na świecie, na które teraz miał ochotę pisanie było ostatnią.
- Wybacz wielmożny Książe, że temat drążę, ale nie było cię od… od… Długo, a blog stygnie, czytelnicy uciekną, albo pomyślą, że znowu cię wcięło.
- Nie pomyślą, pisałem, że wybywam. Pisałem? No właśnie i właśnie w związku z tym pozwól, że będę mieć cię w du…
- Znowu te wulgaryzmy. Oj Smętny… Idę sobie skoro masz mnie obrażać, ja to wszystko z troski o przyjaciół robię. Twoich przyjaciół.
Tercy wstał.
- Akurat – zamruczał Smutas, ale tak, by Tercy nie usłyszał – Robisz tak, bo ci ego trzeba podbudować. Idź do diabła, ja piszę wtedy, kiedy mam coś do powiedzenia.
I niby miał rację, ale tylko „niby”. Tercy, gdyby to usłyszał zakończyłby rozmowę w ten sposób:

Niby nóżka, niby rak,
każdy umie pisać tak.

Na szczęście nie słyszał, był już w kuchni wstawiał wodę na kawę. Nie tracił nadziei, że ten leń jednak wstanie.

* Że “niby” “Pan Tadeusz”

Bądź tu mądry i pisz wiersze

Deszcz ze śniegiem za oknem, „garniak” z banku mówi mi, że jestem w „grupie zwiększonego ryzyka” i kredyt to mogę sobie narysować. A ja talentu w tym kierunku nie mam za grosz! Acha i na koniec żebym, chociaż ten dom z bali budował, a jak się panu „zejdzie”, to jak my to potem sprzedamy? Jego szczęście, że dosłownie tego tak nie ujął, bo jego zejście byłoby natychmiastowe, a tak doczeka bomby, co ją mam zamiar zmajstrować.
No i jak tu w takich warunkach napisać coś wesołego, jak wykrzesać humor tryskający zdrojami i wielce zaraźliwy? Się nie da. Nawet się nie wypieprzyłem w brudną kałużę, co zrobić taka karma… O, właśnie! Karma dla moich zwierząt w górę poszła, ogólnie wszystko w górę idzie, nawet geodeta, który się już ponad dwie i pół godziny spóźnia, ale jedzie (czy dojedzie?), też sobie zażyczył więcej. Ciśnienie mi się tak podniosło, że jak nic cholera mnie weźmie, albo krew zaleje. Żeby jeszcze coś innego się podnosiło, ale nie, bo z Młoda koty drę o to, czego Ona chce więcej, a ja jej więcej dać nie mogę. Co, jak co, ale uczciwy chciałbym być w związku, albo jakoś tak, czy coś koło tego…
No to jak tu pisać na wesoło? Jeszcze raz się zapytam.
Jakimś światełkiem w tunelu (tfu, przez lewe ramię, odpukać w niemalowane jajko), są wyjazdy. Na jednym już powinienem być, chociaż przez wspomnianego geodetę, nie jestem (z kredytem, czy bez dom postawię!), ale przecież jutro, najdalej pojutrze pojadę…
Słowo „wyjazd”, a ciśnienie samo do normy wraca, można się nawet uśmiechnąć i do bomby nabieram dystansu. Po co zaraz samemu podkładać? Może kogo wynająć?

“33 Sceny z Życia”

Zaczynam pisać ten post już któryś raz i nie mogę go ugryźć. Zaczynałem już od: „Kocham polskie kino…”, „Magia obrazu…”, „Opowiadać rzeczywistość…”, „Sala kinowa…”. Nic mi nie pasuję do tego, o czym chcę opowiedzieć, tak jest to różne od mojego przymiotnikowego rozbujania.
Książki i filmy, dwie rzeczy opisujące życie w sposób, który pozwala od rzeczywistości się oderwać. Dostarczają wzruszeń, zamyśleń, przerażają, rozśmieszają. Zakrzywiają wokół siebie przestrzeń w taki sposób, byśmy stali się przez chwilę kimś innym, gdzie indziej, pozostając dalej sobą.
Nie oglądam i nie czytam wszystkiego, co mi wpadnie w ręce, staram się wybierać, przebierać, nie ufając zbytnio splendorowi otrzymanych przez konkretną pozycję nagród, po takie tytuły zazwyczaj sięgam w drugiej kolejności. Tak już mam, że lubię, by wsiąkać w „zakrzywienie przestrzeni” z własnego wyboru, nieprzymuszony ogólnym trendem, czy modą.
A jeżeli film, bo o nim chcę napisać dwa zdania (na więcej nie będzie mnie stać, w tym przypadku), przestanie zakrzywiać? Jeżeli w sposób brutalny i prawdziwy opowie historię na wskroś realną, bez gry, bez ozdobników, wypraną z przymiotników? Jeżeli będzie boleć dalej, chociaż napisy końcowe dawno przeminęły?
Oglądałem dzisiaj w nocy taki film. Film, który pozbawił mnie snu, przywołał wszystkie, najboleśniejsze wspomnienia i obrazy, wycisnął ze mnie rozpacz, nakarmił tęsknotą tak dotkliwą, a jednocześnie strachem, tak wielkim…
Wszystko, co w nim zobaczyłem, już widziałem, wszystko przeżyłem, prawdziwie, dlatego chcąc być uczciwym, nie mogę nazwa go filmem.
Oglądałem w nocy życie, nieskorumpowane filmową taśmą, które chciałbym natychmiast zapomnieć, a którego nie potrafię wyrzucić z pamięci właśnie, dlatego że nim jest.
I nic więcej, nic ponad to, co mówi tytuł – “33 Sceny z Życia” reż. Małgorzata Szumowska.

Pakiet
Nie wiem, kto kogo reklamuje i czy aby na pewno jest to reklama?

Szkarłat

Nie dotykaj mnie teraz
zbyt natarczywą bliskością,
niech cię zadowolą ślady,
jeszcze ciepłe mną sprzęty.
Pozwól mi przeżyć 
ociekający udręką bezruch,
bez zatroskanego wzruszenia
i przerażonego wzroku.
Podaruj mi spokój, bez ciebie,
nie, zrozumienie.
Zgaś mnie w sobie na chwilę,
bądźmy obcy,
może przetrwamy…

Idzie…

Wiosna, czuję to. Wciąż rozdrażniony, poirytowany, szczerzę zęby w niby uśmiechu udając, że nic się nie dzieje. Odwracam się i ryczę bezgłośnie, złowieszczo, jak budzący się ze snu, głodny niedźwiedź. Wpatrzony w okno liczę lata, które przyszło mi przeżyć, z krótkimi przerwami, w jednym miejscu i zastanawiam się, czy uda mi się wytrzymać jeszcze rok, do następnej wiosny? Nie wiem.
Nie ma w tej dzikości, rodzącej się z pierwszym przebłyskiem wiosny, żadnego rozsądku, nie ma w niej niczego, co “przystoi” odpowiedzialnemu, dojrzałemu człowiekowi, jest tylko pragnienie ruszenia przed siebie, w świat, dosłownie. Nie urodziłem się pod spokojną gwiazdą, chociaż szczęśliwą…
Udało mi się dziś zrobić zdjęcie jeleniom pasącym się na łące między pasami startowymi lotniska, gdzieś w oddali usłyszałem, chyba, jastrzębia i przepadłem. Dusza mnie opuściła wsiąkając w mgłę, którą ziemia wypchnęła z siebie w poranną szarość. Coraz częściej oddycham, “nie będąc”.
Jest też we mnie, ten drugi, spokojny, który powtarza: “masz czas, jeszcze masz dużo czasu” i staram się mu wierzyć, odpowiadam: “są przecież urlopy, wyjazdy, krótkie podróże z szybkimi powrotami, jest dom do zbudowania”.
Myślałem już, że mam to za sobą. Ostatnimi czasy wiele się zmieniło, dużo wydarzyło, to jedno wróciło niezmienione.
Byłem w wielu miejscach, tych odległych także, lecz głód bycia w podróży wydaje się nienasycony. Psycholog poradziłby mi bym się zastanowił, przed czym uciekam. A ja… A ja, być może, nie potrafię żyć „będąc”, być może, przemijam prawdziwie przemierzając przestrzeń, idąc do przodu, bez przenośni.
Gnębi mnie jedno pytanie: Gdybym był przy Niej, tej jedynej, czy ryk zbudzonego wiosną, głodnego niedźwiedzia odezwałby się we mnie? Czy ją też bym unieszczęśliwił?

Tekst powinien zatrzymać, po to się pisze, żeby zatrzymywać, w biegu najlepiej. Jeżeli się kogoś zatrzyma, to byłoby pięknie, żeby się wzruszył, zasmucił, zaśmiał, no jakimiś emocjami by tekst brzemienny w słowa obrodził.
Jak się jakąś ambicję posiada, wyrastającą ponad poziomy, nie wystarczają same emocje. Słowa mają zmusić do myślenia i koniecznie, by to myślenie było głębokie, tak jak literki w trudzie i znoju składane do kupy przez autora. Po prawdzie czasami one bardziej do wspomnianego …. podobne niż do głębokiej myśli, ale tak to już bywa: gdzie atrament kapie, tam gówno szerokim strumieniem płynie.
Czasem bywa, że i to za mało, literacko chce się zaistnieć, wiekopomności liznąć…
Się liże, póki jęzor na drzazgę nie trafi, a paluchy spuchnięte od tfu…rczości, krwią literek na klawiaturze nie zasłonią.
Piszę o tym będąc w złości z powodu poniedziałku, oraz cierpiąc, od wczoraj, na niemoc nagłą – tfu…rczą.
Dopadła mnie ona znienacka, kiedym siedział przed “śliczniusi” bielutką karteczką i tak mi się chciało coś istotnego napisać. Takiego, że OCH i ACH, takiego, że szanownym czytelnikom kapcie pospadają z wrażenia i zachwytu nad mego talentu ogromem. Ba, geniuszem!
Chciałem daję słowo, chociaż wstyd się przyznać. Pysk mi się wiórami zadławił, a paznokcie poodpadały od stukania słów bez sensu (whmgi, jfhiyjcnk, koiuyruithbc, itp.) i nic.
Uwiąd umysłowy, demencja jakaś! – Pomyślałem.
Przypomniał mi się od razu (w związku z demencją, nie uwiądem!), pewien obiad niedzielny, kiedy do schabowego i ziemniaków chciałem jeszcze dodać, „to czerwone”* i za cholerę nie mogłem sobie przypomnieć nazwy „tego czerwonego”.
Musiałem skapitulować, ziemniaki stygły, poprosiłem o „to czerwone”, dosłownie i dostałem. Jasne, że mogłem chcieć ogórka w śmietanie, ale „to czerwone” lubię bardziej. Dzięki mojej zachłanności na to, czego chcę bardziej, śmiechu było, co niemiara…
Tak też jest i teraz:
Ja chcę „to czerwone”!

Z poważaniem: Tercybiadus Demencjusz Ambitus

*Buraczki

NN

Męczysz mnie
przypadkowością spojrzeń
rozpraszasz
uporczywą nieobecnością
oszukujesz
nic nie kosztującym słowem
zabijasz
bojaźliwą anonimowością
Nie powiesz mi przecież,
że odpowiesz, kiedy zapytam
„Gdzie się podziałeś?”
Czy ty w ogóle jesteś?

Dziecko szczęścia

Było gorąco. Suchy, pustynny upał wyciskał z nieruchomego ciała, leżącego pod szpitalną kołdrą, krople potu wielkości ziaren grochu. Spływała ta słona, lepka wilgoć wzdłuż mostka, wgłębieniami pomiędzy żebrami, po wewnętrznej stronie ud, by wsiąknąć, w i tak już nieprzyjemnie mokre prześcieradło. Przez niedomknięte drzwi do sali zaglądało trupio blade światło z korytarza. Mężczyzna licząc mrugnięcia powiek, zamiast baranów, starał się zasnąć. Sen jednak droczył się z nim, kiedy już wydawało mu się, że powieki stają się nazbyt ciężkie, by mógł je jeszcze raz unieść, zmęczenie gdzieś pierzchało spłoszone uwierającym nagle zagięciem, fałdą. Człowiek sapnął zirytowany, odrzucił kołdrę. Łóżko zaskrzypiało złośliwie, kiedy wstał. Leżał tuż koło okna i buchającego żarem kaloryfera z urwanym pokrętłem termostatu. Wyciągnął przed siebie ręce. Dłonie wpiły się w przyjemnie zimne szyby. Powoli, rozkoszując się tym uczuciem, zaczął zanurzać głowę w niosącym ulgę chłodzie, nie zdążył jednak dotknąć czołem okna, któreś z łóżek jęknęło przeciągle. Odwrócił się zdziwiony.
Pana Starszego, z miejsca pod drzwiami, zabrano gdzieś, gdy był na badaniach, na łóżko oddzielającym ich od siebie nikogo jeszcze nie położono… Na zmiętej pościeli współlokatora, machając nóżkami, siedziało dziecko, po łagodnych i miękkich rysach twarzy poznał, że to dziewczynka. Żuła gumę przyglądając mu się.
- Co tu robisz? – zapytał.
- Przechodziłam obok i zobaczyłam, że pan nie śpi. Nie jest panu smutno tak samemu? – zapytała i strzeliła balonem wydmuchanym z gumy.
- Nie…
Było w niej coś niepokojącego, coś, co sprawiło, że nagle zrobiło mu się zimno. Krople potu spływające po plecach stężały w śnieżne granulki. Wstrząsnął nim dreszcz. Wtedy je zobaczył. Włosy związane w śmieszne, bliźniacze kitki były całkowicie siwe. Ten kontrast dziecięcej twarzy ze starczym atrybutem znowu wywołał dreszcz.
- Właściwie to nie jestem tu sam. Jest jeszcze Pan Starszy… - wyrecytował szybko, jak wyuczoną w szkole formułkę, ale dziewczynka, kręcąc głową, przerwała mu.
- On nie wróci… Pomyślałam, że może jest panu smutno.
- Nie, ja tylko nie mogę zasnąć, strasznie tu… Tylko spać miałem – wyszeptał, czując jak mrożący krew w żyłach ziąb przenika przez skórę, paraliżując całe ciało lodowym uściskiem.
- Nie powinnaś być teraz z rodzicami? – wykrztusił z siebie pytanie, starając się zapanować nad dzwoniącymi zębami.
- Nie mam rodziców… Nikt mnie nie chce – zaskamlała żałośnie – Może pan? Pan ma dobre serce…
Na przekór smutkowi zawartemu w głosie, zaśmiała się na końcu, klasnęła, jakby wyszedł jej jakiś psikus.
- Skąd się…? Po co…? Czy wyniki…? – zabełkotał.
- On był już bardzo stary, ten Pan Starszy. Czy pan wie, że on był na wojnie? Nawet dostał order, był bohaterem – zaszczebiotała nie zwracając na niego uwagi.
- Nie miał rodziny, taki samotny bohater, jak z legendy. Prawda? – przekrzywiła główkę zaglądając mu w oczy. Milczał.
- Chyba muszę już iść. Fajnie było tak sobie posiedzieć i porozmawiać.
Dziewczynka zeskoczyła z łóżka i podeszła do drzwi. Mężczyzna wciąż stał wpatrując się w nią oczami pełnymi strachu. 
Odwróciła się jeszcze w progu, na tle upiornego światła z korytarza.
- Niech się pan położy, przeziębi się pan. Chociaż pan ma szczęście… Prawda? Wierzy pan w szczęście?
Przytaknął, ale jej już nie było, nie czekając na odpowiedź wyszła.
- Wierzę – powiedział do siebie, czując opuszczające go odrętwienie.
Jednym susem wskoczył do łóżka chowając pod kołdrą nawet głowę, jak dziecko. Zamknął powieki.
- Wierzę – wyszeptał jeszcze raz, spoza ogarniającej go nagle senności.
- Wiem – odpowiedziała dziewczyna o płomiennych włosach strzegąca miejsca w nogach jego posłania.

Mrok

Noc na wsi, to noc. Jednoznaczna czeluść mroku, bez fałszywego blasku niezasypiających nigdy miejskich latarń. Nocą na wsi wszystko śpi zmęczone dniem, nawet las zdaje się spać, chociaż, co jakiś czas, wedrze się w tę ciszę budzące niepokój wycie wilka. Zwykła rzecz.
Lubię ją, jest taka stała, pewna…, odwieczna? Szanuję tę ciszę umęczonej ludźmi ziemi i ciszę ludzi z trudem okiełznujących dzikość ziemi. Wczoraj właśnie ta cisza taka była, dziś jednak jest inne od wczoraj, dziś ledwie ją słyszę! Niespodziewani, jak ja, goście wdarli się w ten miękki mrok kakofonią, zagłuszając alkoholem własne niepokoje.
Znam ich, wiem, że nie skończą póki nie zatopią fantomu małżeństwa w „gorzkiej żołądkowej”, dopiero wtedy pozwolą wszystkim się rozejść. Znikną za drzwiami swojego pokoju ucinając ich trzaśnięciem swoją, nienaturalną hałaśliwość.
On, walnie się tak jak stoi, w niespotykanie cierpliwe łóżko. Ona, pokrząta się chwilę nim skapituluje pokonana przez zawroty głowy. Jeszcze tylko ich córka, zeszło i tegoroczna maturzystka, wychynie jak duch zza wstydu, zajrzy do nich, by pokręcić, ze zbyt dorosłym smutkiem głową nad rodzinnym występem i już i cisza i noc…
Zmęczony całodziennym, śnieżnym szaleństwem w siodle wykpiłem się bólem „czegoś tam“, uciekłem do siebie zanim „pękło” pierwsze pół litra. Czekałem, aż nakreślony przeze mnie scenariusz dokona się, chciałem poczuć tę nocną, wiejską ciszę, usłyszeć ją w sobie, zadrżeć raz jeszcze, przeszyty dzikością tego cholernego wilka, którego wycie z trudem przebijało się przez harmider na dole.
Nie wiem, czy było za mało alkoholu, czy „zabawa nie kleiła się” i dlatego tak wcześnie schody zawarczały ich złośliwością, a zamknięcie drzwi otworzyło małżeńską kłótnię. Wszystko było nie tak, jak powinno. Potem molestowane futryny zaczęły drżeć w donośnych trzaskach, a płacz kobiety-dziecka zapukał do mojego pokoju. Przez chwilę udawałem, że mimo wszystko śpię, nie dawała za wygraną.
- Wlazł! – krzyknąłem nie kryjąc rozdrażnienia.
Weszła, zarażając mój pokój nie moimi problemami, nasączając moją koszulkę wilgocią przerażenia własnymi rodzicami i swoim dziecięctwem w dorosłości, której nienawidziła i gubiła się w niej. Wreszcie pogubiła się w sobie na dobre i przywierając do mnie, niespodziewanie, ustami spróbowała zatracić się do reszty. Pachniała młodością, smakowała łzami i strachem. Odsunąłem ją od siebie zażenowany, niezgrabnymi słowami próbując zwrócić ją samej sobie. Wreszcie zasnęła.
Noc kończyła się, wilk zamilkł i tylko jej niespokojny sen wspominał mijający mrok.
Nie obudziłem jej wychodząc na śniadanie, przemarznięty i senny po nocy pod kocem, usiadłem za stołem nie zwracając uwagi na niezwykłe, poranne poruszenie.
- Nie ma jej… Nie wiem, od której…
Dopiero po chwili dotarł do mnie sens wystrzeliwanych w pośpiechu znaków zapytania, pitej gorączkowo kawy, wylęknionych spojrzeń jej ojca.
- Jest u mnie.
Stwierdziłem sucho, czując niechęć do tego człowieka, do jego żony, do tego, że uczynili z córki powiernika, kotwicę ich dziurawego małżeństwa. Nie obszedł mnie jego zły wzrok, ani krótkie zdziwione „Jak to?”. Dopiłem kawę nie odpowiadając, widząc nabrzmiewający w nim gniew. Wstałem od stołu, perwersyjnie wręcz uradowany jego oburzeniem, a on z syczącym „sukinsynem” na wykrzywionych paskudnie ustach ruszył na mnie. Uchyliłem się przed zaciśniętą pięścią, która nie napotkawszy oporu pociągnęła za sobą całe ciało, wytrącając go z równowagi. Ustawiony bokiem, lewą ręką, od dołu, wyprowadziłem cios w podbródek. Szarpnęło nim, głowa odskoczyła śmiesznie do tyłu, zwiotczał jak szmaciana lalka. Jęknął. Gospodarz doskoczył do niego próbując pomóc mu pozbierać się z podłogi. Gospodyni pobiegła za mną na ganek, na mróz.
- Jezu, ale wy… Ale ona… Ty…???
Pokręciłem głową, że nie i uśmiechnąłem się blado.
- Chcesz już jechać, prawda?
Przytaknąłem milcząco.
- Przyjedziesz jeszcze do nas?
Skinąłem głową.
- To dobrze – uśmiechnęła się równie blado, pocałowała mnie smutno w policzek i wróciła do środka.
Nim wyjechałem, ręka napuchła, jak wstydliwe wspomnienie, nie miałem jej tego za złe, chociaż nie czułem żalu, nie czułem nic, tylko zmęczenie mrokiem.

Starsze wpisy »