Feed on
Wpisy
Komentarze

Wiosna

Niespodziewanie chłód mnie opuścił.
Przedwczoraj z ostatnią, zimną, kroplą deszczu
Powitał przeszłość, bez ukłonu
I drzwi za sobą zamknął z trzaskiem.

Pozostawił mnie samego, nagle
Stojącego pośród słonecznego blasku
Zaskoczonego, bo okazało się, że nagi jestem
Z bezwstydnie zwieszonymi w smutku ramionami

Zęby, wciąż jeszcze mocno zaciśnięte,
Zimową bielą znaczą szczękę,
Lecz ciało ciepła już nabiera
Myśl, zazielenia się w jutro.

Niech jeszcze tylko do uszu dotrze
Śpiew z drzew przydrożnych
Trel nocny niech mnie ze snu ocuci
I pośród mroku poda talerz pełen życia.

Niedomówienia

Na sznurach bielą rozsiadły się prześcieradła
Ich rozkołysane wiatrem skrzydła bledną

Wilgotne jeszcze pamięcią zaspanego wczoraj
Pod drewnianych szczęk uściskiem schną najszybciej

Zdawać by się mogło, że w szamotaninie swojej szepczą
Nikt jednak nie wie, co i komu, więc mówi się - szeleszczą

I tak z tym szumem na papier zwęgla się to, co było wierszem
I tak wśród nocy pierwszej ich świeżość przeszywa dreszczem.

 

Próg

To boli,
Katem nie jestem, a jednak gwałt śmierci zadaję
Ten chłód,
Tak dotkliwie kąsa zamknięte cudzymi ustami powieki.
Te dłonie
Delikatne i piękne pozostawiają na mnie ślad melancholii
To ciepło
Nie jest już Twoje, mimo, że spokojem usypia noc
Ta pamięć
Coś przez drzwi zamknięte szepcze, lecz już nie pyta się „czy jesteś?”.
Te słowa
Wsiąkają we mnie jak łza ostania i biorąc Cię miłośnie pod rękę odchodzą.    

Kości zostały rzucone

Czasy mamy tak bezwstydnie rozpasane, że kiedy się spędza weekend we dwoje nigdy nie wiadomo, co nam po
nim zostanie. Najczęściej są to wspomnienia i to jest to, co tygrysy lubią najbardziej. Nie ma jak soczyste poweekendowe wspominki przy kominku w towarzystwie zasłuchanych do nieprzytomności kapci i pieniącego się z zazdrości kufla piwa. Czasami jednak pozostaje coś więcej. Pół biedy (bez względu na płeć), jeżeli pamiątka wiosennej eskapady wymaga jedynie konsultacji medycznej, ale jeżeli…
Zaczyna się od tego, że delikatna i wypielęgnowana kobieca dłoń ląduje na twardej męskiej, pod skórą, której w żyłach płynie testosteron nieobojętny na kruchość i ślozy wszelakie. Potem słyszysz głośne, a pełne przejęcia: „Och”. Wreszcie oczy kobiety robią się wilgne, wzruszone, pełne nieokiełznanej, matczynej nieprzytomności i już jest po wszystkim. Ona już zrobiła wszystko żeby facet stanął na wysokości zadania, a nieszczęśnik wpadł. No i wpadłem.
Ta historia skończy się remontem. Czuję to w kościach, a tych, w moim nowym, lepszym życiu nie zabraknie. Tylko jak ja mu dam na imię? Może jakieś pomysły?

 

 

Odgrzewane w mikrofali

Mocuję się z pewnym tematem już od jakiegoś czasu. Spędza mi on sen z powiek i słowa inne wypędza z głowy. Co po pióro sięgnę to nabzdycza się we mnie, że krew się gotuje i ciska “kurami” na prawo i lewo. Żeby jednak zachować ciągłość (coś dziać się musi), włączyłem mikrofalę i odgrzewam to danie. Chociaż ono nie jest pierwszej młodości, to mam nadzieję wybaczycie mi i uśmiechniecie się  mimo wszystko.

__________________________________________________________________________________________________
 
Głupich nie sieją.
Siedzę sobie opromieniany rytmicznymi rozbłyskami stroboskopowego światła i tak sobie myślę, czy to aby nie o mnie te słowa? Chciałbym w to wątpić, no chciałbym kurcze bardzo, ale jakieś ziarenko albo orzeszek, na barowym stołku zawieruszony uwiera mnie w dupsko, jak wyrzut sumienia.
Zachciało mi się empirycznie  poprzeć teorię, jakoby młodzież była wspaniała, niegroźna i przyjaźnie nastawiona do tych, co jej brzemię, przynajmniej fizycznie, już z barków zrzucili. Natężając, więc szare komórki (szare to są u normalnych ludzi, co je do pracy zaprzęgają, u mnie w bieli nieskalanej się pławią), jąłem szukać odpowiedniej metody.
Pierwszą - spacer w sobotnią noc, odrzuciłem posiadając resztki instynktu samozachowawczego.
Drugą – posiłek w studenckiej stołówce, skreśliłem z dwóch powodów. Po pierwsze: nie wiem czy takie jeszcze są. Po drugie: jeżeli są, młodzież chciałem wysondować, nie wytrzymałość własnego żołądka.
Gdzie zatem młodzież chodzi? Gdzie można ją spotkać w obfitości i w naturalnym dla niej środowisku?
Za moich czasów masowo chodziło się na dyskoteki. Słusznie mniemając, iż niewiele w kwestii młodzieżowej kultury może się zmienić, odnalazłem kilka w moim mieście. Wybrałem oczywiście największą, żeby ogląd na tę wspaniałość mieć jak najszerszy. Odziawszy się, znów mniemając, w ciuch młodzieżowy ruszyłem w miasto.
Auto przezornie zaparkowałem w pewnej odległości od miejsca doświadczeń empirycznych i przetuptawszy dziarskim krokiem kilkadziesiąt metrów stanąłem przed pierwszym problemem, bynajmniej nie akademickim.
Najpierw to ja muszę się jakoś przedrzeć przez zwartą grupę nasto- i dwudziestolatków szturmujących wejście. Na szczęście barczysty jegomość z karkiem grubości mojego uda, pilnujący, by walka przy drzwiach przebiegała w sposób zgodny z zasadmi fair play, bezbłędnie wyłowił czerwone odblaski neonów na moich zakolach i zachęcająco jął machać na mnie ręką. Małoletni rozstąpili się jak Morze Czerwone a ja przez moment poczułem się jak Jack Nicholson paradujący po czerwonym dywanie.
- Stówka – uśmiechnął się „kark”, przemawiając do mnie ludzkim głosem i wyciągając rękę.
„Droga jest droga empiryzmu, a chwila nie trwa wiecznie” - pomyślałem wręczając banknot, dając się jednocześnie ostemplować niewidocznym stemplem przed przekroczeniem progu świątyni bitów.
Trasę do barowego blatu pamiętam mgliście ogłuszony, tuż za drzwiami, miarowym dudnieniem i kakofonią świateł.
Świat nabrał niejakiego sensu po pierwszym drinku wciśniętym mi w dłoń przez życzliwego barmana. Nie wiem, dlaczego uśmiechał się z politowaniem. A może to była troska?
Pokrzepiony nieco zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu przyjacielskich gestów, jakimi ta młodzież wspaniała miałaby mnie raczyć. Póki, co jedynie raczyłem się jej wspaniałością. Ta wspaniałość i kilka drinków doprowadziła mnie do wniosku, że ni jak nie da się oddzielić dojrzałego mężczyzny od samego mężczyzny, a wspaniałość jest wprost proporcjonalna do niedojrzałości zachowania. Niestety wniosek przyszedł, kiedy ja ze stołka zszedłem, dając się porwać transowemu rytmowi, więc mnie nie spotkał. Nie żeby taniec był zły, uwielbiam tańczyć, w parach szczególnie. Niestety moda poszła nieco do przodu, a ja nie poszedłem za nią, zatrzymując się gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Po kilku nieudanych próbach integracyjnych postanowiłem wrócić na barowy stołek. Droga nie była prosta, jakby sie zdawać mogło, skręcała do toalety… Były dwie, jedna bez kółka, druga trójkącika. Przy czym: ta bez trójkącika nie miała też kółka, a ta bez kółka nie miała trójkącika (tak nadmieniam żeby to było jasne). 
“Może ta dzisiejsza młodzież posiada talenta nieznane mojemu pokoleniu i takie drobiazgi nie są jej potrzebne?” Pomyślałem i zgodnie z własnymi przekonaniami otworzyłem te po prawej. Przy umywalce stały dwie panny z cudnej urody pępkami, więc wycofałem się szybko kierując się do drzwi po lewej. Na pewniaka pchnąłem je, jak John Wayne, te od saloon’u i wkroczyłem w świat… koedukacji. Całe szczęście, że oglądałem Ally McBill. Zamykając się w kabinie, słysząc za cienkim plastikiem dziewczęce chichoty i chłopięce rozbawione pomruki, poczułem się ciut nie na miejscu. Szybko opuściłem krainę, gdzie król już nie jest nigdy sam i przedarłem się zakosami do baru. Tu, wspomniane na początku, ziarenko vel orzeszek zaczęło mnie uwierać. Dotarło do mnie, że już życzliwości doświadczyłem. Nikt mnie, póki co, nie wyśmiał, od wujków, dziadków nie wyzwał. Wypiła nawet ze mną młodość zdrowie „troszkę starszej młodzieży”, co już samo w sobie stanowi pewien dowód na to, że nowe pokolenie jest przyjaźnie nastawione do świata. Mój eksperyment zaś zaczyna wkraczać na niebezpieczny grunt, wraz z uśmiechem i wilgnym wzrokiem, chyba dwudziestolatki, dwa stołki dalej. Zachowując resztki dojrzałej godności i rozsądku (jak bym go miał), pytając o drogę, dotarłem do wyjścia. Muszę uczciwie przyznać, że nie rzucił mi się w oczy, tak chętnie pokazywany przez filmowych twórców, obrazek z lekko przyprószonymi bielą nosami, ani połykanymi w pośpiechu pigułami, nieznanego pochodzenia.
Po samochód przyjechałem nazajutrz. Niedziela była piękna, słoneczna. Pospacerowałem trochę powolnym i dojrzale statecznym krokiem. Przechodząc zaś koło ulubionej kawiarni wstąpiłem na małą czarną i sernik na ciepło z zamiarem bliższego przyjrzenia się własnemu pokoleniu…

Żywoty nieodgadnione - Glista

Glista się gliśdzi, nago zwłaszcza
Czyżby czuła wstręt do płaszcza
A może, niecnota, nie lubi ogólnie odzienia
I z tego powodu zeszła do podziemia?

Mamo…

Sam nie wiem, co mi jest,
Prócz oczywistości.
Po co niepewnością kaleczę słowa
Drżeniem napełniające myśli o jutrze?
Strach znienacka powraca w glorii
Pyszniąc się zamkniętymi drzwiami.
Może to przez to, że przyśniła mi się matka
Z twarzą ostatecznie spokojną
Budząc w środku nocy
Mamo, nie śnij mi się więcej…

Babie lato

Pamiętam Cię utkaną nićmi babiego lata.
Taka delikatna, taka inna, taka biała…
Ale wcale nie niewinna, może nieśmiała?
Oplotłaś mnie sobą tak ciasno, mocno
I tak dobrze mi było bez oddechu, jakby w śmierci
W niepamięci, w nieistnieniu, w zapamiętaniu
Przesiąkłem splecionym miłośnie zapachem
By się niczyim stać z dnia na dzień, obcym, w sobie.
Rozglądam się dookoła. Wiesz, już poznaję cudze twarze,
Dłonie, myśli, drogi, a jakby żal, a może nadzieja,
Że gdzie indziej wciąż nieobudzony jestem?
Do diabła, ja wciąż obudzić się nie mogę!
Pogubiony, niespokojny, rozkojarzony, śpiący.
Za nitki ciągnę, a tam nowe, jak feniksowe pióra
Z popiołu, ze wspomnień, z wczoraj, z niczego.
Czasami myślę, że przez tę biel oślepnę
Znowu niczyim będę i Twoim zarazem.
Jak oddech, jak serce, jak koniec, początek.
Chyba wciąż pijany jeszcze jestem,
Skoro nie chcę, a jednak tęsknię.
Żeby tylko za Tobą, ale i za sobą, jakim już nie będę.

Nic tak nie pomaga wyjść z dołka jak opowiadanie o mało istotnych pierdołach. Niech, więc stanie to opowiadanie.

Errata - Niech się stanie opowiadanie. 
“Niech stanie” może zabrzmieć dwuznacznie i mało poprawnie, w kontekście zwłaszcza.
____________________________________
Stoję i leję. Jezu, ale to fajne uczucie - lać.
Takie sikanie to frajda jak jasny gwint. Gdyby tylko nie ta rurka z przymocowaną na jej końcu butelką… Eee, co tam, po obchodzie ją wyjmą, a tymczasem leję sobie beztrosko i jest bosko. Wczoraj tak nie było.
Zabrali mnie z samego rana, zaraz po tym jak, nieświadom następstw, odlałem się przed operacją (nigdy nie miałem z tym problemu). Właściwie, co to za operacja? Laparoskopia to nie jest prawdziwa operacja, kilka dziur w brzuchu, które będą wyglądać jak blizny po postrzałach… Kurcze! Można do nich taką historię dorobić, że żadna laska się nie oprze! Trzeba tylko wymyślić jak w nią wpleść dwa zdania: „Co ty wiesz o postrzeleńcach?” i „ Nie chce mi się z tobą gadać”… To drugie to chyba rano? O czym to ja mówiłem…? Acha.
Odlałem się przed tym „laparoskopowaniem” jak baran jakiś, albo inny zwierz mało rozumny, wskoczyłem na łóżeczko a siostry powiozły mnie na blok operacyjny.
Ocknąłem się na “podwójnej” pooperacyjnej w towarzystwie Krzysia i tą rurką wystającą z brzucha. Jeszcze mi nie przeszkadzała, ba, nie wiedziałem, że ją mam.
Chociaż dopiero co otworzyłem oczy to i tak chciało mi się spać dlatego mało zainteresowała mnie pielęgniarka mówiąca „Na siusiu” stawiając w zasięgu mojej ręki kaczkę. „No jasne, że na siusiu” pomyślałem i zapadłem w sen. Gdybym sobie przypomniał, że to siusiu to czynność nadrzędna za nic bym nie zasnął. Oczy zamknąłem „W samo południe” otworzyłem koło „15.10 do Jumy”. Nade mną znowu stała pielęgniarka.
- I jak? Jest siusiu?
Co ona tak się przykleiła do mojej uryny?
- Nie
Odpowiedziałem i już miałem zapaść w dalszą drzemkę…
- Oj, to trzeba zrobić, bo będziemy musieli cewnikować.
Nie lubię tego słowa jeszcze bardziej od rurek wystających z brzucha. Spojrzałem na Krzysia, który z kaczką w dłoni patrzył na mnie nieprzytomnym, a jednak już przestraszonym wzrokiem. Poznałem po tej minie, że próbował.
- Ale ja miałem tam wszystko znieczulane. Nic nie czuję. Jak mam zrobić?
Wyszeptał trwożliwie.
- Niech się pan oklepuje.
Poradziła siostra wesoło i wyszła. Krzyś odprowadził ją tępym wzrokiem do drzwi, a ja brutalnie i bezdusznie roześmiałem się. Od razu dźgnęło mnie sumienie od środka tępym bólem i umilkłem łapiąc oddech. Przy okazji odkryłem rurkę i buteleczkę. Przez dren sączył się powoli krwistordzawy płyn. Kurna, to ze mnie? To dobrze, czy źle? Matko jedyna, ile tego ma wyciec? Dlaczego ta butelczyna taka mikra?
- Nie dam rady. Flaka tam mam…
Wdarł się między wewnętrzne rozterki głos współtowarzysza. Spojrzałem na niego. Lewą ręką uniósł kołdrę, a prawą sięgał gdzieś głęboko pod nią nadzorując uważnym wzrokiem czynności wynikające z „sięgania”. Pościel na jego łóżku poruszała się niespokojnie.
- Tylko sobie krzywdy nie zrób.
Poradziłem odwracając się. Facet majstrujący w tych okolicach przy drugim facecie jakoś mnie rozbił wewnętrznie. Dla złagodzenia wrażeń zacząłem się wiercić. Tak zeszła nam godzinka lub dwie do ponownego pojawienia się, w otwartych drzwiach sali, pielęgniareczki.
- Jakieś nowiny?
Nie wiem jak udaje jej się zawrzeć taki ładunek dobrego humoru w tak krótkim pytaniu.
- Ja nic nie czuję.
Oświadczył Krzyś kategorycznie postanawiając widocznie iść w zaparte.
- Wolno mi już pić?
Zapytałem przytomnie.
- Może pan sobie zwilżyć usta, ale proszę nie pić.
”No to jak ja mam się odlać? Przed operacją byłem w kiblu!” Zawołała przerażona wyobraźnia oglądająca właśnie cewnik ładujący się w…
- Do której mamy czas?
- O 18 kończę dyżur.
I wyszła.
Jasne! Idź sobie kobieto bez serca! Zostaw to wszystko w naszych bezsilnych, schorowanych dłoniach!
- Kurwa
Czego by o Krzysiu nie mówić potrafił w jednym słowie zmieścić wszystko to, na co mi było potrzeba kilku zdań. Chwyciłem kaczkę i wcisnąłem pod kołdrę. Przyszedł czas na czyn. Jednak od zamiaru do wspomnianego czynu droga daleka. Nierzadko przesiąknięta potem, nasączona czerwienią nabrzmiałej od wysiłku twarzy.
- Ni chuja  
Dotarło do mnie tuż przed 18.
- I jak?
Zapytałem bez sensu, odpowiedź bowiem padła z góry.
- Gdzie tam. Nawet goła dupa nie tchnęłaby w niego teraz życia.
Pożalił się przy akompaniamencie głośnego pierdyknięcia plastiku o metalową szafkę.
- A ja się odlałem wcześniej. Żebym mógł chociaż pić…
Zajęczałem spoglądając tęsknie na butelkę mineralnego żywca.
- Miałeś kiedyś cewnik?
W zadanym pytaniu zabrzmiało wyraźne zaniepokojenie.
- Miałem. Podobno wiele zależy od tego kto i jak zakłada. Może boleć jak cholera. Potem to też żadna frajda.
- Kurwa
Znów celnie podsumował Krzyś.
- Pewnie zaraz przyjdzie?
Nie przyszła aż do 19.30. Objawiła się podwójnie, jako nowa, nocna zmiana.
- Jak się panowie czują?
Zapytała troskliwie chyba ta ważniejsza. Przysiągłbym, że obłudnie, bo zaraz padło:
- Kaczuszki pełne?
No jasne, że pełne! W mojej, na ten przykład, jest pełno powietrza, aż po sam wylot!
- Jeszcze nie? Umówmy się tak: Macie czas do 21. Połóżcie się na boczku i samo poleci. Jak się nie uda to nie będzie wyjścia, więc się postarajcie. Możecie się trochę napić, mały łyczek.
Ta milcząca przytaknęła i zostawiły nas. Rzuciłem się na wodę. Wciąż jest nadzieja…
Jeden mały łyczek, drugi mały łyczek, trzeci mały łyczek… Nie mówiła ile tych łyczków, tylko, że małe. Po piątym zdałem sobie sprawę, że jestem pełny, co w niczym nie ułatwiało sprawy. Położyć się na boczku… Na tym bez rurki znaczyło patrzeć na Krzysia podczas czynności pojedynczo intymnej. Krzysiu też się na mnie gapił, tak mu wypadało ze szwów.
Do dupy z takim laniem! Zakorkowałem się na dobre. O 20.30, tonąc w pocie, skrajnie wykończony, błagałem o śmierć. Miała mnie gdzieś, nie przyszła. W akcie desperacji przekręciłem się na ten „zarurkowany” bok. Na bezdechu skupiłem całą wolę i resztkę sił. W głowie zaczęło szumieć jak po bąbelkach…
Tryumfalne „Cha” i potężne westchnienie pełne ulgi oznajmiło mi tryumf Krzysia nad martwą postacią rzeczy. Spiąłem się jeszcze mocniej w sobie i…
Wzruszenie było tak silne, że pociekły mi także łzy. Odstawiłem chlupoczące wesoło narzędzie tortur na szafkę.
- Zapaliłoby się teraz…
- No
Wyszeptałem przez łzy. Było bosko, prawie beztrosko.

Wszystkiego Najlepszego

Chciałbym Ci dać na urodziny
Odpowiedź na: prosto, czy w prawo?
Zapach trawy wypalonej latem
Czasu zatrzymanie, gdy świat w nas wariował
I tamtą pewność, że wszystko będzie dobrze…
 

Dziecko

Na mgnienie zamarło między nami życie
Chwilą najważniejszą zastygło
Jak kapliczka na rozstaju zatrzymało pytaniem
Przez jeden moment w naszych dłoniach
Rozkołysało się niepewnie jutro
A czas w nas krzyczał płaczem noworodka
Ruszając do przodu na oślep
I nim spostrzegłem, dokąd zmierzam
Nic z tej chwili we mnie nie zostało
Prócz zaskoczonego życiem dziecka

Tradycyjnie

                                  Pisklę

        Życzę Wam i sobie żeby nam nigdy nie było do siebie za daleko.

Dziękuję za świąteczne wdzianko Haniu:)

Obciach

Poniższy tekst nie jest wolny od wulgaryzmów. Postać w nim występująca nie istnieje naprawdę i jest szkaradnym przerysowaniem “nieinternauty”. Wszystkie popełnione błędy są zamierzone.
Jeżeli ktoś poczuje się urażony jest sam sobie winien. Jeszcze możesz zrezygnowac z lektury.
Na marginesie, sam głośno słucham muzyki w aucie. Jestem też przekonany, że “obciach” to pojęcie wymyślone przez snobów, by mieć czym zasłonić własną głupotę, lub manię wielkości. 
Nie przepadam jednak za Dodą, ale to moja sprawa i mojego gustu muzycznego.
Jeżeli podoba ci się Doda nie wstydź się, masz do tego takie samo prawo, jak ja wręcz przeciwnie (tylko pozornie to zdanie jest pozbawione sensu). 

_________________________

Pomykam sobie mojom brykom i gibie czaszko. Doda w dolby pro lodzik śpiewa. No pięknie, kurna, poezja po prostu. Ludziki sie patrzom, bo pałer mam taki, że oni na chacie muszom pralkę zapodać żeby takie giga wyciągnąć.
Przy tej poezji oddaje sie myślom, gupi nie jestem. Kurna, to obciach nie mieć bryki i dygać akwariami z przystanku. Teraz za byle kase puszke sie kupi. Chociaż, taki blaszak przeżarty, to też obciach jak sto chujów… Niech się patrzom, niech zazdroszczo. Pewnie jakieś profesory gołodupce, co im sie Kaczucha nasza kochana w telewizji nie podobała. Ja tam jestem za. A co, nie podoba sie? Polska, kurna, dla Polaków, a Europa dla gejów, tfu, i tych, internautów jeszcze. A najgorsze to so te pedały z Kanady. Ta Kanada to pewnie gdzieś koło, Belgii, albo Holandii. Ten jeden pedał to sie obraził, że go w telewizorze pokazali, a ja tam torerancyjny jestem. Obciach nie być, ale swojego nie dam ruszyć, a internet wypierdoliłem. Wole kurturarnie, jak człowiek, przed telewizorem se piwko chlapnąć. Przecież nie zagłosuje przez telewizor. Może Trwam zapodam jak wróce na chate. Kaczuchy, mordy moje ukochane, tam występujo, to mogę popatrzeć, żaden obciach i jest  no, jak to sie… O, misyjna, ta telewizja jest. W końcu jestem katolik czy nie? Święta idą to pornosa zostawię na po świętach. No ależ daje ta Doda… Ona głupia nie jest i jak potrafi inteligentnie doiwanić tym mondralom co sobie obciach robią na łyżwach. Powinni jo dać w tych, Tańczących z Gwaizdami, zaraz wszystkich by poustawiała che, che i przyjemnie popatrzeć, jak oddycha… Kurna, rozmarzyłem się, bo z mojo staro to obciach wyjść na miasto… A jak jej lody przyniosłem żeby się nauczyła je jeść, z tej reklamy, co Boska występuje, to zaczęła jazgotać, że mi palma odbija. Przecież to nasze, polskie lody i jest się od kogo, kurna, uczyć! Kurna! To obciach jest nie chcieć się uczyć. Nie żeby w szkole, bo tego ministra dobrego już nie ma. Szkoda, on by rozpierdzielił raz dwa to całe nauczycielstwo, chodziliby jak w zegarku i nikt by nie dygnął na żadne orendzie, tak by byli wyuczone. Ogólnie w mordę, to ta nasza ojczyzna ukochana coraz bardziej sie robi obciachowa, a jak ten cały Tusek zostanie prezydentem to wypierdalam stąd, tylko gdzie? Kiedyś do RPA chciałem, ale teraz to sie tam popsuło.
W morde, no nie ma gdzie, kurna, wyjechać… Może u nas bedzie jeszcze normalnie, jak stanie to, co opadło, no jak mu tam…? Oparcie społeczne? No więcej przecież jest Nas niż tych riberarnych oszołomów, no nie?

Żywoty nieodgadnione - Wij

WIJ

Wiją się wije na dnie wanny
Nie umyje się chłop, ani panny
Jeno kaczki nic złego w tym nie widzą
One śliskiego po prostu się nie brzydzą.

__________________________________________

Marcowe figle Marcowe figle 2

Marcowe figle 4

Marcowe figle 3

All that jazz

W jednej z książek Koontza, było to ładnych parę lat temu, przeczytałem zdanie mówiące o poukładanej, wręcz matematycznej strukturze jazzu. Zafrapowało mnie ono do tego stopnia, że zacząłem się zastanawiać, dlaczego ja ten cały jazz tak lubię skoro tak niepoukładany ze mnie człowiek? Odpowiedź, jak zwykle, jest prosta i oczywista, oczywiście nie dla mnie, ale co tam, ważne, że ją znam (chociaż nie zawsze się z nią zgadzam). Wiecie, sam o sobie wolę myśleć, jako o człowieku skomplikowanym i głębokim. Niestety bywa, że tak głębokim, iż czasem trudno jest mi z tej głębi wydobyć jakąś sensowną myśl odpowiadającą bogactwu tego bezkresu (kto mnie trochę zna wie, że to autoironia).
Co ma z tym wspólnego jazz? Ano ma.
Jazz przy pewnej trudności, jaką sprawia jego odbiór, to wbrew pozorom muzyka prostych dźwięków. Wiem, że to paradoks, ale tak właśnie myślę. Prosta jak dwa razy dwa. Ważne jest aby dać się ponieść fantazji, improwizacji i zapisać te najprostsze działanie, za pomocą ułamków dziesiętnych, zwykłych, rozpisać na setne, czy jak się, komu podoba.
Zawsze jednak pozostanie tym niepozornym zapisem podstawowym dookoła, którego budujemy teorię pozornie niepowiązanych dźwięków.
Ze mną jest tak samo. Choćbym nie wiem, jak bardzo starał się opisać, przedstawić siebie jako niepospolitą, czy wręcz wybitną jednostkę, to pozostanę tylko człowiekiem z pragnieniami, marzeniami, które współdzielę z innymi tak do mnie podobnymi ludźmi. Różnimy się tylko słowami, którymi opisujemy świat i siebie samych, w ułamkach, przecinkach.
Nie zrozumcie mnie źle, nie chcę zunifikować człowieka, chcę tylko powiedzieć, że wierzę w siłę, jaką człowiek dysponuje, w sumę zjednoczonych marzeń, dążeń, pragnień, w możliwość porozumienia mimo.
Dwie rzeczy są odpowiedzialne za tę notkę.
Po pierwsze polityka, którą coraz trudniej jest mi ogarnąć i pojąć. Coraz mniejsza jest we mnie tolerancja na tworzenie przepaści dzielących nas na tych i tamtych. Zaczyna brakować w tym sensu, merytorycznych argumentów. Wydawało mi się, że czas bezsensownego dzielenia mamy już za sobą, nie byłem przygotowany na to co oglądam i słyszę. Mea culpa.
Cóż, zapewne kiedyś przyjdzie dzień opamiętania, bowiem ubi culpa est, ibi poena subesse debet.
Po drugie płyta Herbie Hancocka „River”, której słucham ostatnio od nowa i od nowa i od nowa i od nowa…

                                            Herbie Hancock & Leonard Cohen
                                                          The Jungle Line

Older Posts »