Pradziadek mój rodzinę kochając ponad wszystko, a w przedśmiertnym widzeniu ujrzawszy bolszewika ziemię naszą depczącego, bliskich zaś w kajdanach wywożonych ku dali sinej od łez, nakazał ewakuację i mocą ostatniej woli ją namaścił. Dziadek młodzian podówczas jeszcze, z głową wiatrem podszytą, ale w posłuszeństwie ojcowskim wyćwiczoną, zebrał plemię nasze i ku Mazurom się puścił, by od zarządcy zdania rachunków, swoją własną osobą, zażądać. Wieś, ani wielka, ani zasobna, a dla duszy dziadzia stanowczo za ciasna. Podzieliwszy, więc między dwóch swoich braci dobro nieruchome, samemu gotowiznę w skrzyni zatrzymawszy, rzekł do swojej małżonki, a babci mojej szacownej.
- Na tułaczkę się nie godziłaś, tak i zrozumiem jak z dziatwą tu ostaniesz. Ja ku temu miastu, co z wody się podnosi ruszę, gdy miejsce dla was przysposobię, wrócę po ciebie. Bacz jednak tu na wszystko i ucha nadstawiaj, bo Prus blisko, a tumulty wszczyna z byle, jakiej okazji i co złego jeszcze z tego być może. Patrz, więc uważnie, by cię zawierucha nie ogarnęła.
Dziadzio sprytny był, wiedział, że babcia za nic sama z przychówkiem nie zostanie w miejscu niespokojnym, chociaż Grunwald, co nieopodal był, otuchą napawał. Veto, więc założyła stanowcze na pomysł ten i ku dziadzinemu zadowoleniu, dzieciny ochędożywszy, na niepewny chleb razem z nim ruszyła. Chleb nie okazał się aż tak niepewny, bo Dziadzio dom wystawił szybko, na wzgórzu, z którego pola było widać, morza kawałek i miasto co z niego rosło piękne, bogate. Dom akurat w czas stanął - babcia mojego rodziciela powić miała.
Dziwny to był rok, niespokojny i lato gorące, jakiego dawno nie bywało, zmiany jakoweś zwiastujące niebywałym gorącem swoim. Ledwo od połogu odpoczęła, musiała w łzach ukochanego męża i syna najstarszego żegnać, co na wojnę wielką ruszali. Prus nie tylko tumulty wszczynał, ale i z całą swoją potencją na nas ruszył. Potem jeno wieści przyszły, że pojmani w bitwie. Dziadzio ranien do domu na wzgórzu wrócił, syn zaś ucieczką ze stalagu się salwując, Europę przewędrował, by do polskiego wojska trafić. Świat on przeszedł nim wojna skończyła się szczęśliwie i w domu mógł odpocząć, na obczyźnie zostać nie chciał. Rodziciel zaś mój rósł niepostrzeżenie, nie wiedząc nawet, czym wolność jest i słowo zakazami nieskrępowane. Brat, co to ze statku do więzienia zabrany był za nie tego orła na mundurze, wrócił. Dziwny tylko jakiś, w latach posunięty, chociaż młody przecież jeszcze. Z dziadziem o ziemi pradziadowej rozprawiał, w dalekim kraju teraz leżącej i niszczejącej pewnie, bo kto się niby miał nią zająć jak kochającego serca przy niej nie masz? Tatko zaś rósł i doroślał, na siostrzanych weselach tańcząc. Lubił on zabawę za młodu, lubił bardzo. Tak w niej zagustował, że i do pracy się wziął, nie chcąc od nestora na hulanki grosza, co przecież i tak jego nie był. Z tej pracy, to bieda wyszła, z którą babcia długo pogodzić się nie mogła. Otóż ojciec pannę poznał i zakochał się w niej bez pamięci. Otumaniła go ta miłość do imentu, a tak bardzo, że żadne nakazy i zakazy rady dać jej nie mogły. Poszedł za nią, na sam koniec, w mezalians, czym krwi w rodzinie napsuł i błogosławieństwa nie otrzymał na nową drogę życia. Poprzysiągł zatem, dzieciom swoim głów bajaniem o Ojcach nie skalać, jeno do schłopiałych stryjów je wozić. Dziadkowi po niesławnym ożenku zachorzało się i zmarło, ale od ran wojennych zmarniał, tylko babcia mówiła, że syna to marnotrawnego wina. Przysięgała jednak przy łożu boleści mężowi, że przebaczy i synową na łono rodziny wprowadzi. Przysięgi dotrzymała, kiedy jasnym się stało, że chociaż gałąź nasza rozrosła się nad wyraz bujnie, to więcej w niej do haftowania rąk, niż do szabli, a te, co do szabli zwyczajne być powinny nijak do niej nie pasują. Tylko u tego jej syna dyzgusta czyniącego młode pacholę rokowało na przyszłość nadzieję, bo to i grzeczne i okiem bystrym strzelając jakoweś oznaki rozumu zdradzało. W imię przyszłości i pamięci rodzinnej babcia przebaczyła w końcu i edukacji brzdąca się podjęła, każdą zimę u synowej spędzając w tym celu. Pacholę okazało się bystre nad wyraz, rodzinne zawiłości w lot pojmując. Ścigały go przez to spojrzenia zazdrosne, że tak miłość nestorki sobie zaskarbił i na manowce tą miłością sprowadził, od starszeństwa jej oko odwracając.
Zwyczajem rodzinnym w godzinie ostatniej przysięgano, tym razem babci, a przysięgał syn najstarszy z rodzeństwem płci obojga, że pacholikowi pieczęcie rodzinne oddadzą, wbrew uświęconym tradycjom, jak w latach do tego dojrzeje. Majętności zaś, by krzywdy nie mieli, rozdała między nich. Po prawdzie niewiele tego zostało, ten dom na wzgórzu, złotych monet dwie, zastawy sztuk kilka i szafa, która rapcie do szabli praojca pamięta. Siedzę tak i papiery przekładając z lewa na prawo na krążek błyszczący trafiłem szkarłatnym kamieniem ukoronowany, któren całą tę historię ożywił. Myślę tak sobie: czy aby się babcia nie myliła w sądzie swoim, zbyt wielką we mnie pokładając nadzieję? Tak i odwagi w sobie nie znalazłem by ony krążek do palca przymierzyć. Alem przysiągł sobie (chwalić boga jeszcze nie na łożu śmierci, rodzinnym obyczajem), że rok nie minie jak ziemię, która moich przodków nosiła odwiedzę, a jak jakiego bolszewika spotkam to i może wojenka się trafi.
Opowieści ze starej szafy
kwiecień 27, 2007 autor: smutas

A ja pradziadowi uśmiech ku niebiosom poślę dziekując , że rodzina swiętą dla niego była , że od grozy niebytu ją chronić pragnął a i mądrość swą przekazal następnym pokoleniom i pamięć na zatracenie nie zostala skazana . Raduję się , że w tych czasach zyję i dzięki zdobyczom techniki nie bacząc na głosy ciemnych , że mitrężą czas i w glowie mącą- teraz i tu z uśmiechem i nostalgią dzieje rodu czytać mogę. A pacholęciu co w tradycji swych dziadów wychowan , powiem- dobrze , że z nami jesteś i dziękuję – w zatchnieniu pozostając delektować opowieścią się będę:)
Pięknie to Pszenna skomentowałaś.
I słów mi zabrakło.
Powiem tylko, że żałuję tego, o co nigdy nie spytałam. Może to nie był ten czas, a może ja byłam inna. A teraz, gdy czas ku temu, a może ja jestem w czas właściwa, zadane pytania pozostają bez odpowiedzi. Już nie komu odpowiedzieć i tylko gdzieś tam, w Krainie Wiecznych Łowów, uśmiech zrozumienia błyszczy – na pewno…
:) Też kiedyś byłam szczęśliwym człowiekiem. Zanim zaczęłam zgłębiać rodzinne tajemnice. Wiec lepiej się zawczasu zastanów, nim całkiem i do imentu w kłopoty takowe popadniesz.
Didixi, od teraźniejszych tajemnic, bardziej mnie głowa boli, przeszłe tajemnicami nie są. Już się nestorka postarała bym i te ciemne poznał, żeby wstydu nie było, jak kto czarną kartą po oczach strzeli i we wstyd niewiedzy będzie chciał mnie ubrać. Jak w każdej rodzinie, bywało czasem straszno i ciemno. Chyba mam ochotę o tym napisać, jak się z R. rozprawię i bieszczadzkie wędrówki jakoś podsumuję.
Będzie ciekawie. Ja mam tyle opowieści w głowie o mojej rodzinie – bardzo starych, ale jakoś zebrać się nie mogę. Troszkę mam oporów…