- Oddajcie nam nasz świat! Oddajcie nam nasze życie!!!
Tak wołały studentki trzeciego roku resocjalizacji z poddasza nad izbą R.. Było w tym krzyku wszystko, strach… Nie, to już przerażenie, rozpacz. Nic nie mogły poradzić na huk rozpadającej się rzeczywistości, na piętrzącą się bezładną stertę cegiełek dnia codziennego, jeszcze niedawno równo poukładanych w mur. Przed czym je bronił, co zasłaniał? Nie wiem, nie znałem ich, należały do grona tych, którzy odwiedzają zoo. Teraz, może po raz pierwszy, przeżywały emocje tak silne, że nie potrafiły opanować drżenia, zostały schwytane w ich pułapkę i nakręcały się wzajemnie rozpaczliwym krzykiem. Myślę, że niewiele brakowało, by ześliznęły się w obłęd. Uratował je przed nim P.
- Szukajcie ratunku razem! – zadrwił. Ktoś na dole zaczął się śmiać, ale dziewczyny wtulone w siebie zamilkły, uspokoiły się. Mogliśmy je zostawić i wrócić do izby, zanurzyć się w orgii zamyślenia, gdzie nie chciało się wierzyć, że bieszczadzka chata jeszcze stoi, raczej unosi nas gdzieś, gdzie myśl staje się doznaniem fizycznym, a jej krystaliczna jasność jest oświeceniem, orgazmem umysłu. Byliśmy uwaleni, wszyscy.
J. chciał być powszechnie znany jako Szaman, funkcjonował pod bardziej przyziemnym pseudonimem. Za bardzo chciał nim być, wszystkich męczyła jego poza obcującego z duchami, w rzeczywistości jedynym duchem, z jakim go kojarzono, był duch cwaniactwa. Być może nieobciążony opinią swoich ziomków, którym i ja jestem, faktycznie stawał się Szamanem? Być może czujne, rozbiegane oczka w innych miejscach były postrzegane inaczej? Może.
Zdziwiłem się widząc go w progu izby, słysząc niedbałe, lekceważące Hej, było dysonansem w rozmowie prowadzonej przez nas przy posiłku. Jego usłużne i podstępne: Przyprawić wam obiad?, nie wzbudziło podejrzeń, także tych, którzy wiedzieli co kryje się za słowem przyprawić. Reszta jest wypadkową pragnienia J. by być Szamanem oraz myśli – Już ja wam pokażę, nieuchronnie prowadzącej do złego wszystkich z kompleksem małego człowieka. Nie jadł z nami, zaszył się gdzieś do rana, zapewne przestraszony dawką, jaką nam zafundował, obawą posłania nas poza pejotlowy* odlot, w szczelinę don Juana*.
O świcie mieliśmy wrażenie, że zmianie uległo wszystko. Dziewczyny z resocjalizacji pakowały w pośpiechu śpiwory, nie odzywając się do nikogo. Uciekały. Uciec chcieli wszyscy, nie do końca pewni czy odjazd już się skończył i czy to już rzeczywistość. Pierwszy raz usłyszałem wtedy, przekleństwo z ust R.
- Wypierdalaj stąd – powiedział spokojnym, zimnym głosem, człowieka nieprzyzwyczajonego do sprzeciwu, gospodarza. Nie pozostawił miejsca na usprawiedliwienie, tłumaczenia. Ufaliśmy sobie, tak jak powinni ufać sobie ludzie, nikt nie patrzył J. na ręce, kiedy rozsypywał po talerzach przyprawę, nikomu nie przeszło przez myśl, że mógłby z niskich pobudek narazić nas na niebezpieczeństwo. Swój cel jednak osiągnął. Został zapamiętany, nie rozpłynął się w niepamięci, co więcej, mam nadzieję, że świadomość tej pamięci prześladuje go do dziś.
Miesiąc później R. skorzystał z zaproszenia angielskiego wydawcy i wyjechał. Wrócił po trzech miesiącach, po pół roku wywalił wszystkich z domu i zamknął drzwi przed wędrowcami. Ożenił się. Rok później, niespełna trzydziestoletnia żona powiła mu syna. Sprzedali bieszczadzką chatę, nie wiem gdzie mieszkają, chociaż szkockie krajobrazy byłyby dla nich dobrym tłem, a kilt dobrze by się komponował z brodą zaplecioną w warkocz (wciąż nie ośmieliłbym się powiedzieć warkoczyk).
Co do mnie, słowa Pasujesz tu. Musisz wyjeżdżać? Usłyszałem od niego dwa dni po niefortunnym odlocie. Nie wybierałem się jednak nigdzie daleko, byłem w Bieszczadach, kiedy wrócił z wojaży. Bawiłem się w drwala i koniuszego, słuchałem opowieści umierającego człowieka i świadczyłem przeciw śmierci, gdy odszedł. Obudził mnie P. Stojąc nad brzegiem Sanu stwierdził, że boi się zapomnieć drogi do domu, mnie przestraszyła myśl, że o nim zapomniałem.
PS. Jak wieść gminna niesie J. handluje towarem i wielu jest takich, którzy zadźgaliby go igłą od strzykawki. Nie wiem jednak czy to prawda.
*Peyotl – Kaktus meksykański
*Don Juan Matus

Zabawną literówkę znalazłam w słowie pokażę – tak jakby podświadomość zagrała na klawiaturze. Mnie się to zdarza, jak piszę późną nocą…
No to ja chyba też muszę napisać o moich przygodach z maryśką – tak banalnych, że aż śmiesznych… Już zaczynam kombinować…
To się nazywa miłosierdzie Didixi, bardzo Ci dziękuję, szczególnie za “późną nocą”:)
“Literówka” ma historię w sam raz dla smutasa, tak jak “mężczyzna”, którego by nie było bez pewnej kobiety…
Hierarchie wartości , dla każdego inne – życie obnaża najniższe instynkty w najmniej oczekiwanych momentach , utrata zaufania , zachwiane poczucie bezpieczeństwa , kolejne doświadczenie , głowa napakowana ideałami w zetknięciu z szara rzeczywistością człowieka umorusanego we własnym bagnie – dobrze , jeśli odnajduje się w sobie odrobinę buntu by to co nie znajduje zgody w nas samych ochroniło innych.