J… Właściwie nie J., a Lunia, poza mną nikt tak jej nie nazywa, przy nikim nie miałem okazji tak się do niej zwrócić. Byłem jej tajemnicą, nie sama moja obecność, tylko cielesna powłoka. Mogę, więc sobie pozwolić na uchylenie jej rąbka. Ani ona, ani ja, nie przestaniemy być w związku z tym anonimowi.
Poznałem ją jako osobę rozdartą i cierpiącą ponad miarę z powodu tego rozdarcia. Szamotała się między My i Ja (moje ja gnuśniało w rezygnacji).
My – wypełnione walką o godność, normalność i resztkę uczucia do My. Kiedy przyglądałem się jej miałem wrażenie, że umiera w niej dusza dręczona migrenami, w bezsilnych staraniach i obietnicach bez pokrycia, okazyjnie wyciekających z My. Najstraszniejszą myślą, jaką przyszła mi do głowy była ta o rezygnacji ze szczęścia, w ramach pokuty. Nie wiem czy Luni wina była aż tak wielka i czy była rzeczywista. Wiem za to, że do My potrzebna jest wola dwóch osób i nie wystarczą zabiegi o jego przetrwanie z jednej strony.
Ja – nieśmiałe i pięknie zaokrąglone myślą o tym szczęściu, radośnie beztroskie w krótkich chwilach niepamięci. Silne, otwarte na nowe, pełne miłości, ciekawości i tolerancji. Tak, jej Ja rozkochało mnie w niej. Nie wiem czy porażka My może oznaczać zwycięstwo, mam za to nadzieję, że przyniosła jej ocalenie.
Moja matka powiedziała kiedyś w złości, po którejś z moich wypraw, że jestem skazany na samotność, bez względu na to czy ktoś obok mnie będzie czy nie. Nie miała racji, Lunia była tą osobą, która ocaliła mnie przed nią. Dzięki niej wciąż na nowo poznaję świat, który dotąd był mi obcy, mimo iż jej obok nie ma. Oszalałem dla niej i z Jej powodu, dała mi nadzieję na jutro, zmieniając dziś. Stała się podmiotem lirycznym mojego życia, jego treścią i nieziszczonym marzeniem. Bliscy mówią, że przez Nią i zmiany z Nią związane, moje ciało się zbuntowało, a u podstaw miłosnego szaleństwa tkwi moja niezgoda na to by się ratować. Cóż, niewiele wiedzą o tym jak wiele jej zawdzięczam i jak bardzo… Czasami zastanawiam się, co by zrobiła gdybym pojawił się na nowo w jej życiu, teraz przecież nie ma już My?
Być może jest tak, że zdrowie jest usprawiedliwieniem, za którym chowam strach, przed kolejną próbą walki (?) o Nasze My? Chyba jeszcze nie umiem o tym pisać, chyba jeszcze nie potrafię o niej myśleć, wciąż czuję za bardzo, wciąż od nowa i wciąż na nowo. Nie mają racji, to nie ona, to rzeczywistość… No rzesz, ja jestem normalnie sobą rozczarowany i się użalam. Powinienem wziąć się w garść, albo dać sobie po pysku za mazgajstwo…
Zanim skasuję
maj 17, 2007 autor: smutas

Nie kasuj :-)
Ona pewnie by się uśmiechnęła…
Kasiu nie skasuję, wiem, że czyta, nie wiem czy się uśmiecha. Nie miałem pojęcia, że można do kogoś/za kimś, aż tak tęsknić. Cały czas dowiaduję się o sobie czegoś nowego:-)
Z tego co czytam mniemam, że Tobie też nie jest to obce.
Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz
Czwarta nad ranem
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz
Czemu cię nie ma na odległość ręki?
Czemu mówimy do siebie listami?
Gdy ci to śpiewam – u mnie pełnia lata
Gdy to usłyszysz – będzie środek zimy
Czemu się budzę o czwartej nad ranem
I włosy twoje próbuję ugłaskać
Lecz nigdzie nie ma twoich włosów
Jest tylko blada nocna lampka
Łysa śpiewaczka
Śpiewamy bluesa, bo czwarta nad ranem
Tak cicho, by nie zbudzić sąsiadów
Czajnik z gwizdkiem świruje na gazie
Myślałby kto, że rodem z Manhattanu
Czwarta nad ranem…
Herbata czarna myśli rozjaśnia
A list twój sam się czyta
Że można go śpiewać
Za oknem mruczą bluesa
Topole z Krupniczej
I jeszcze strażak wszedł na solo
Ten z Mariackiej Wieży
Jego trąbka jak księżyc
Biegnie nad topolą
Nigdzie się jej nie spieszy
Już piąta
Może sen przyjdzie
Może mnie odwiedzisz
Adam Ziemianin-też mu nie obce?
Gdy już dziwić się przestanę,usiądę bezczynnie i będę czekać na zbawienie…Uchroń mnie siło od bezczynności.
;-)
nie skasowałeś…