Było już ciemno i stanowcza za późno jak na pedałującego środkiem drogi dwunastoletniego chłopca. Basałyk wiedział o tym i śpieszył się, mama będzie zła, przywita go ze ścierką przerzuconą przez ramię i pełnym wyrzutu głosem:
- Gdzie ty się włóczyłeś do tej pory? Wiesz, która jest godzina? A ja już nad jezioro miałam iść cię szukać!
Jarek nauczył się nie odpowiadać na retoryczne pytania, po części dlatego, że próba usprawiedliwienia niezmiennie kończyła się trafieniem lnianego przedłużenia matczynej ręki w plecy. Nie było ono jakieś szczególnie bolesne, ale wstyd piekł mocniej od razów.
Miastowi są przecież na wakacjach i ten grubasek w okularach nie da mi potem żyć. Kurturarny baran*.
- Auuu – krzyknął. Rower był dla niego za duży i jeździł na nim stojąc wciśnięty połową ciała pod poprzeczkę ramy. Zgrabnie wyskoczył spod niej zatrzymując się by rozetrzeć bolące biodro. Dynamo przestało się kręcić, żarówka w lampce pozbawiona prądu zgasła. Dopiero teraz zrobiło się naprawdę ciemno, usłyszał wyjącego gdzieś na wsi psa. Przeszył go dreszcz. Zimno – pomyślał. Zrobiło mu się jakoś dziwnie i straszno. Rozejrzał się, ale niewiele potrafił zobaczyć w otaczającej go ciemności, wiedział, że jest gdzieś na wysokości Górki.
Werandę i zebrane wkoło stolika towarzystwo oświetlało światło docierające tu z wnętrza domu. Pito kawę i ajerkoniak. Przed dwójką dzieci wciąż obecnych przy stole, ale przebranych już w pidżamy, stały kubki, z których unosił się smakowity zapach kakao.
- No nie wiem gdzie on się podział. Miał wrócić od Teresy na kolację. Już ja mu dam jak wróci.
- Daj spokój Krysiu, wakacje są, musi chłopak trochę poszaleć. O jedzie!
Faktycznie na drodze zamajaczył obłok kurzu, z każdą chwilą przybliżający się wraz z niemiłosiernym zgrzytem wszystkich ruchomych i nieruchomych części welocypedu, mordowanego nadświetlną prędkością.
- Ależ pędzi! – zawołał z podziwem mężczyzna uspokajający przed chwilą Krystynę.
Jarek zeskoczył w biegu z roweru i nie troszcząc się więcej o niego, kopniakiem otworzył sobie furtkę.
- Mamooo!!! – wył gnając co tchu do domu.
Minęła dobra chwila nim go uspokojono, a trupia bladość ustąpiła mu z twarzy. Potem kazano opowiadać.
- Widziałem! – zawołał na nowo ulegając przerażeniu.
- Matko jedyna, co?! – Krystynie udzielił się synowski strach.
- Ducha! – ścierka, w magiczny sposób znalazła się w matczynej ręce, jako zapowiedz nietolerowania kłamstwa w tym domu.
- Ja ci dam ducha! O której miałeś być? A ja tu już nad jezioro miałam iść! Ja ci dam ducha!
- Mamo naprawdę! Koło Górki! W bryczesach był i butach do kolan i czapce białej i po wódkę mi kazał do gorzelni jechać!!!
- Janek… – wyrwało się dramatycznym szeptem łysiejącemu mężczyźnie.
Kuzynowi Jarkowi nikt nie opowiadał o stryju* lowelasie, niestroniącym od gorzałki i konnych wycieczek na pola, by zdybać przy stogach jakąś pannę, albo i nie pannę. Mnie babcia już raczyła wprowadzić w historię najnowszą rodziny i los stryja Jana, najmłodszego brata mojego dziadka, potocznie nazywanego Wujkiem. Otóż stryj oddał życie w tajemniczych okolicznościach, ale na posterunku, czyli w stodole, w której urządził sobie gabinet by przyjmować interesantki. Życie uwodziciela-pijaczka, przysporzyło mu wielu wrogów i jeszcze więcej przyjemności, chociaż koniec spotkał go okrutny i straszny, spłoną wraz ze swoim słomianym gabinetem. Pożodze nie oparł się też dom stojący nieopodal, z którego pozostały do dziś tylko murowane piwnice. Dlaczego tajemnicze okoliczności? Ogień, który tej nocy rozszalał się nad mazurskim jeziorem nie oszczędził żadnego z naszych rodzinnych zabudowań. Gorzelnia, która stała przy rozsypującym się dworze poprzednich właścicieli, czyli w sąsiedniej wiosce, dziwnym trafem także stanęła w płomieniach, zarażając nim oborę i stajnię. Babcia skwitowała te wydarzenia mówiąc:
- I tak, komuniści położyliby na tym swoją łapę, lepiej się stało, nie mieli, czego kraść.
O stryju mówiła zaś tak:
- W każdej szanującej się rodzinie musi być duch. Powinien podzwaniać, najlepiej łańcuchami, bądź zgrzytać, koniecznie zbroją. Nasz pije i snuje się po wsi, a wszystko przez komunistów, złe obyczaje i reformę rolną. Ty się prowadź dobrze… Tak na wszelki wypadek.
Czego jak czego, ale poczucia humoru nie można było babci odmówić.
*Kurturarny grubas – o mnie mowa złośliwie zresztą. Z otyłości wyrosłem z przekręcania wyrazów i słowotwórstwa niestety nie.
*Stryjek – dziadek stryjeczny, dokładnie. Stryj jest krócej, a większość, odchodzącego już niestety pokolenia, tak go nazywała, dla mnie, więc też zaistniał jako stryj Jan.

To tak jak wujowie mojego taty. Do dziś na cmentarzu mówimy: no to teraz do wujów…
Jak kiedyś tylko słyszałam ducha. No i mieszkałam w domu z duchem. Ale nigdy nie widziałam…
Jak bylam mała to zawsze zimą karmiłam grubelki, a herbatę chciałam pić koniecznie z kiliżanki;-)
Niektórym zabawa slowem zostaje na całe życie i chciałoby się krzyknąć z radości : I bardzo dobrze!!!
:-))
Zgadzam się – uwielbiam niektóre takie przeróbki – kawałek dziecka, który utknął w nas na zawsze.
Moje ulubione z dzieciństwa to banocet – dobranoc:)
Podziwiałem zdjęcie Twojego ojca konno Didixi.
Muszę koniecznie kupić skaner…
Pokonać strach przed nieznanym idąc wprost na przeciw nieznanemu, taką metodę obraliśmy z grupką przyjaciół spacerując nocą po starym cmentarzu, teraz tak do końca nie wiem , czy było to pokonywanie strachu , czy może silniejsza od niego była chęć zatopienia się w dotyku czule obejmującego ramieniem chłopaka ….hm :D