Dla niej się rodzimy. Do niej, wbrew wszelkim nadziejom, zmierzamy. Ciąży na nas swą tajemnicą od chwili, gdy po raz pierwszy w niemowlęcej niepamięci dostrzegamy otaczający nas świat. Jest z nami zawsze. Dojrzewa w nas i razem z nami, tak powszednia jak chleb. Objawia się w naszych życiorysach ranami, które nie zawsze potrafi zabliźnić czas. Dziś ją spotkałem w obcym mi człowieku. Szedł krętą ulicą wciśniętą między cmentarz od zachodu i ścianę lasu od wschodu, przeciskał się bezszelestnie przez szarość wieczoru. Wyjeżdżając z zakrętu widziałem migotliwe światełka pamięci wyłaniające się z dnia na nagrobnych płytach. Jego jeszcze nie mogłem dostrzec, był za kolejnym łukiem drogi powoli i systematycznie zmniejszając dystans, jaki nas dzielił.
Lubię tę porę dnia, lubię tę ulicę. Jest coś magicznego w kruchej drucianej siatce, która, niewidoczna w tym świetle, odgradza świat żywych od umarłych. Nie skupia na sobie uwagi, pozwalając przez ułamek sekundy doświadczyć nierozerwalności tych dwóch światów. Jest też coś wzruszającego w ciszy rozświetlonej rozkołysanymi i drżącymi płomieniami zniczy.
Memento mori – zdają się wołać zza szyby. Carpe diem – szepczą, kiedy pozostają li tylko obrazem pod powiekami.
Wjeżdżałem w zakręt, on dotarł w swoim makabrycznym pochodzie, do jego środka. Uśmiechałem się lekko zadowolony z tego, że jestem. Jego twarz była odarta z wyrazu. Zobaczyłem oczy puste i już nie ludzkie, bo pozbawione życia, wyprane z nadziei. Zadziwiające jak wiele szczegółów dostrzega się w takich sytuacjach ile drobiazgów, zazwyczaj umykających naszej świadomości, dociera do nas z krystaliczną jasnością. Poczułem jak włos jeży mi się na głowie z przerażenia widząc tę nieubłaganą konsekwencję towarzyszącą jego krokom, chociaż widziałem ich raptem dwa. Reszta jest dla mnie cudem. Kiedy go omijałem nie odwrócił w moją stronę głowy, nie uskoczył, ani się nie zatrzymał, ślepy na wszystko. Spoglądając we wsteczne lusterko widziałem Jego sylwetkę niknącą w mroku. Zatrzymałem się z postanowieniem ratowania go i tego, któremu będą obce cuda. Zabłyszczały światła następnego samochodu, wyłaniającego się, jak gdyby nigdy nic z koszmarnego zakrętu. Zwątpiłem w zdrowie własnych zmysłów, wątpię do dziś. Nie miałem odwagi zawrócić.
Śmierć
maj 25, 2007 autor: smutas
