- O perfumo jak żeś słodka* – mówię przed pierwszym wbiciem wideł. Guano* jest twarde i zbite w kilkuletnią, prawie betonową warstwę. Stajnia Augiasza, przy tej, to mały pikuś na rowerku. Zaczęło się normalnie, znaczy od progu. Potem radośnie i ufnie zagłębiałem się w temat, stopniowo i systematycznie usuwając warstwy końskiego nawozu zmieszanego z podściółką. Szybko okazało się, że systematyczność musiała ulec po ciężkim boju ciekawości i niedowierzaniu. Wbrew logice, bowiem nie zmierzałem w kierunku małych tylnych drzwi, jakie widziało się stojąc w otwartych wierzejach stajni, ale gdzieś w głąb ziemi, coraz niżej i niżej. Dziw mnie brał na to straszny, perfuma straciła swoją słodycz, a widły zostały zamienione na ciężką siekierę. Wiedziony potrzebą dogłębnego zbadania zagadnienia, postanowiłem wyrąbać sobie wąską ścieżkę wprost do wzmiankowanego tylnego wyjścia. Byłem już w połowie stajni, kiedy otworzyły się one równie szeroko jak wrota główne, a tubalny, roześmiany głos zaczął mnie wesoło nawoływać. Zajęty pracą badawczą nie zauważyłem, że zgięty w pół, wyrąbując materiał z najniższych pokładów hipogeologicznych jestem dla nawoływacza niewidoczny. Wyprostowałem się i tu zdziwiłem się jeszcze bardziej. Tylko ramiona i głowę miałem nieco powyżej poziomu gówna.
- Głębiej już nie będzie – powiedział z przekonaniem S. podrzucając beztrosko kilof.
- A ile jest stopni przy drzwiach? – zapytałem.
S. zafrasował się troszkę, poszczypał bródkę, podrapał po głowie i z rozbrajającą szczerością zakomunikował:
- Cholerka nie pamiętam.
S. był najweselszym, najszczerszym i najbardziej zawziętym facetem, jakiego poznałem. Żeby wybudować dom na grzbiecie wzgórza musiał sam wykarczować kawał bieszczadzkiego lasu. Trwało to rok, w międzyczasie gromadził pustaki i inne rzeczy, które są niezbędne do jego postawienia. Szybko się okazało, że tradycyjnych materiałów budowlanych starczy tylko na stajnię, ale za to wielką (niech ją jasny gwint!), przestronną na piętnaście boksów przy każdej ze ścian. Ambicje S. miał niepoślednie, to trzeba mu przyznać.
Z oszczędności, pod tym samym dachem mieściła się wspomniana stajnia, garaż z warsztatem i dom. Całość sprawiała monumentalne wrażenie, chociaż wbijała się tarasami poszczególnych segmentów w pochyłość terenu. Stąd wynikała różnica poziomów między wejściem i wyjściem ze stajni, także z garażu do domu. Część mieszkalna powstała z mieszaniny betonu, gliny i słomy, jakimi napełniano przygotowane wcześniej formy ścian. Kiedy wszystko wyschło i związało, rozbierano drewniane korytka i ściana stała. Spryciarz, gdyby kupił materiał na lewo, rozebrano by mu całość. Faktury w komunie to święta rzecz, ważniejsza od samej cegły szczególnie, gdy ktoś chce coś zrobić samodzielnie i dla siebie. Władza robiła mu pod górkę tylko do momentu wizyty dziennikarza z Razem, który opisał i obfotografował osadnika i jego dzieło. Prasa to potęga. Pokazywał mi ten numer, w którym ukazał się duży, dwustronicowy artykuł. Na fotkach wyszedł jak Pan Adams z serialu o niedźwiedziu z Gór Skalistych. Ktoś pamięta Niedźwiedzia Pana Adamsa?
Jego konie można spotkać w wielu ośrodkach zajmujących się hipoterapią. Powodzi, zdaje się, mu się całkiem nieźle.
Podobnie jak większość tych, którzy trafiali w bieszczadzką głuszę był postacią barwną i z wszech miar interesującą. Co znamienne dla ludzi osiedlających się tam z głębi Polski, również wykształconą. Nikt z tych, których tam poznałem nie żałował, że zamieszkał w najdzikszym rejonie Socjalistycznej Ojczyzny. Może właśnie, dlatego, że najdzikszym, więc najbardziej oddalonym od socjalistycznych standardów? Być może, dlatego, że złoto-czerwona jesień jest tam najpiękniejsza? A może ziemia, poraniona i przesiąknięta nieszczęściem głośniej woła o miłość niż inna? Są tacy, którzy się tego boją, są tacy, którzy takiemu wołaniu nie potrafią się oprzeć.
*Kwestia Oberona ze Snu Nocy letniej W. Shakespear’a.
*Guano – ptasie odchody ładniej brzmią niż końskie g…no;)

Są takie miejsca, gdzie lepiej słyszy się siebie, a przez to innych. Tęsknimy za owymi miejscami, zwłaszcza gdy czas każe przystanąć, złapać oddech.
Nigdy tam nie byłam. Co roku sobie obiecuję i ciągle trwa to w marzeniach. Może właśnie i marzenia, i takie miejsca trzymają nas w uśmiechu ?
ps. z :Niedźwiedzia pana Adamsa pamiętam jego białą brodę i osła – numer 7 ;-)
Chyba tak Kasiu, takie miejsca potrafią zapaść głęboko w serce, razem z ludźmi. Jest kilka takich obrazów, które mają związek z samym wędrowaniem po bieszczadzkich bezdrożach, a właściwie drogach zapomnianych, zarośniętych niepamięcią.
Że ten osioł był 7:D Coś w tym jest…
S. faktycznie przypomina tego brodacza jest tylko ciut szczuplejszy.