Utopiłem telefon. Gdzie tam telefon – komórkę! Nigdy jakoś te dwa wyrazy telefon i komórka nie mogły w moim pojmowaniu świata zaistnieć na jednej płaszczyźnie komunikacyjnej. Być może, dlatego, że TELEFON, to podania, prośby, tęskne wyczekiwanie, czasami lata całe.
Pewnego dnia pan w niebieskim mundurku do drzwi zastukał i lekko koślawiąc zdania, nie pierwszy to jego telefon dzisiaj, mówi:
- Telefonik zakładamy…?
Matko jedyna on się pyta, stwierdza czy co? Trzeba go szybko za próg wciągnąć żeby się nie rozmyślił. Potem do pokoju, na fotel, niech odpocznie momencik, bo widać, że wielce utrudzony pracą.
- Może kawy się pan napije?
Zerka spode łba i jakoś tak z niesmakiem usta krzywi. No jasne, że kawy nie! Jakaś pomroczność chyba z tej radości musiała rozum zaćmić. Wódki , tej, co się w zamrażarce chłodzi też nie bo jeszcze nie założy, ale Pola Cocty… Pola Cocta rarytas, na pewno będzie rad, jak Kraj Rad. Szczególnie jak podzwonić tą chłodzoną połówką, w ramach dopingu, że jest i czeka na sygnał…w słuchawce rzecz jasna. Pan monter inteligentny w lot chwyta, za napój grzecznie dziękuje i odstawia na stoliczek:
- Niech poczeka – mówi, mrużąc porozumiewawczo oko.
- To gdzie to cudo istalować?
Chwila wystarcza, żeby były kable i gniazdko. Zaraz potem aparat z tarczą wesoło terkającą przy wybieraniu kolejnych cyfr. Potem to już tylko wino, kobiety i śpiew, koniecznie przez telefon.
To nie moje wspomnienia, ale telefon i dla mnie był podobnym wydarzeniem, nie mogłem uwierzyć, kiedy pojawił się u mnie w domu. O mały włos ojciec z wielkiej radości byłby mi kupił rower nie ma, więc co się dziwić, że telefon, komórce nie równy. Tę drugą w każdym kiosku, na każdym rogu nieledwie można kupić bez żadnego wysiłku, żadnej ofiary, czy starania. Małe to takie, wszędzie można ze sobą wziąć, wszędzie i zawsze może się odezwać. Człowiek nie zna dnia, ani godziny, kiedy wibra mu w kieszeni jestestwem zatrzęsie. Mnie nie trzęsie, od jakiegoś już czasu, bo ze złości, że się utopiła, pięknym łukiem wyrżnąłem nią w matkę ziemię, bo jak raz właśnie wtedy wolałem żeby się nie topiła, nie rozwalała, nie traciła zasięgu i inne takie tam. Straciłem przez tę złość dwudziesto-pierwszo wieczną wszystkie numery chcianych i niechcianych, potrzebnych i tych, co psu na budę. Miałem iść zaraz kupić nowy, nie poszedłem, nawet nie wiem, dlaczego, bo mogłem przecież, ale nie i wiecie, co? Nie brak mi jej! Na spacer mogę wyjść wolny, ciesząc się okolicznościami przyrody, bez nagabywania tych, co nie wiedzą o tym, że akurat słońce zachodzi. Jak jestem w domu to proszę bardzo Telefon, który od dłuższego czasu milczał dzwoni wesoło. Nagle się okazało, że ja ten domowy telefon w ogóle mam i można przez niego wszystko załatwić! Myślę też sobie, że poczekam z kupnem przenośnego, osobistego terrorysty do końca lata i tak mi bóg dopomóż.

troszkę błędów interpunkcyjnych, ale ciekawie napisany tekst :)