Przez miękkie serce to się człowiek uszarga, namorduje, pieniądza natraci, ran na ciele i psychice dorobi. Wiem, co mówię, utyrany jestem taki, że ledwo nogami mogę ruszać. Palcami od rąk jeszcze jako tako, ale reszta ciała ogłosiła strajk i tylko czekać jak mi białe miasteczko rozbije i nie wypuści na wieczór nigdzie poza cztery ściany, a sobota jest przecież!
Od pukania do drzwi o dziewiątej rano się zaczęło. W sobotę! Sumienia trzeba nie mieć…
- Panie Tomku – babcia sąsiadka z piętra wyżej
– Ja bardzo przepraszam, że tak wcześnie, ale syn wyjechał za pracą i nie mam kogo poprosić…
- Dzień dobry pani. Nic nie szkodzi, co się stało?
Uśmiecham się, do babci sąsiadki no, bo czegóż to ona może chcieć? Żarówka się w łazience przepaliła, pieczywo trzeba kupić, po które i tak przecież pójdę? A jej syn faktycznie w jakiejś Anglii, Irlandii, czy innej Szwecji europejski grosz zarabia.
- A dzień dobry, przepraszam, że tak od razu od prośby zaczęłam…
Będzie grubsza sprawa jednak, bo babcia sąsiadka się szczotkuje.
- Słuchałam prognozy pogody…
- Może pani wejdzie nie będziemy tak rozmawiać przez próg.
Matko jedyna, święty elektoracie, ona chyba dom chce budować, a ja mam fundamenty wylać za syna emigranta, bo babcia sąsiadka wchodzi… Boże siada! Jakby nie usiadła, to by nie było tak źle, siadanie to już nie tylko fundamenty, ale wyciągnięcie murów do poziomu pierwszego piętra. Zastanawiam się czy nie dostać ataku kaszlu, najlepiej takiego gruźliczo-rozdzierającego.
- …Pogoda ma się popsuć, już na dziś zapowiadali powrót tych paskudnych deszczy – babcia mówi ja się przygotowuję by w odpowiednim momencie dać popis aktorskich zdolności.
- A jak zacznie padać to…, a Krzysiu dopiero w połowie sierpnia przyjedzie, wtedy to już las tam urośnie.
- Ale w czym mogę pani pomóc? – pytam się bo faktycznie na budowlankę zaczyna mi to wyglądać.
- O trawnik, panie Tomku. No mokrego nie ruszy, kosiarka elektryczna – tłumaczy – już zarosło, ja sama nie dam rady, ledwo do kościoła i z powrotem. Pan taki młody, silny, pan dałby radę. Ciasta upiekę, sernik…
Trzeba wiedzieć, że jedyną rzeczą, z jaką nigdy nie byłem kompatybilny to właśnie działka i prace, jakie są przypisane temu rodzajowi aktywnego relaksu. W polu, traktor, widły, wieś – tak. Działka – nie! Miałem kiedyś to wiem i nic tu nie da sernik, nawet włoski jabłecznik by nie dał. Babcia chyba wyczuła moje nastawienie, bo wzięła mnie na litość, że sama, samiuteńka z nikąd pomocy. Jak po pożyczkę to wszyscy wiedzą kiedy ona emeryturę dostaje, a o urodzinach to nikt nie pamięta, a ja taki uśmiechnięty zawsze i dzień dobry powiem i jak siatki niesie to jej pomagam. Jednym słowem poległem. O jedenastej z kluczami od jej działki w ręce stałem przed furtką ogródka i gmerałem przy kłódce. Długo gmerałem, za długo…
- A pan to, kto? – pyta się życzliwa i czujna babcia sąsiadka działkowa, mnie wnuczka klatkowego babci sąsiadki.
- Pani Teresa poprosiła żebym trawę skosił… – już jest koło mnie i patrzy, czym ja otwieram i czy to, aby nie klucz uniwersalny.
- A to całe szczęście – mówi nieco uspokojona widząc, że to oryginały.
W końcu skobelek odskakuje i wchodzę. Trawa faktycznie wysoka, że w chowanego można się bawić. No nic, trzeba się wziąć za robotę. Miałem wytłumaczone, co gdzie stoi, więc raz, dwa, trzy, sprzęt był wyciągnięty, ja przebrany, zwarty i gotowy. Tu się zaczęły schody i moja niekompatybilność. Pierwsze, co nawaliło to korek – przepalił się skubany. Na szczęście zapasowe były na liczniku, tylko licznik wciśnięty w róg altanki i zasłonięty szafką, w szafce dziura na ten licznik, ale od środka… Jak nie otworzysz drzwiczek, to się nie dowiesz gdzie ta cholera jest. Śledztwo trwało czterdzieści pięć minut i zostało uwieńczone sukcesem, licznik został odnaleziony. Kosiarka wystartowała. Mp3 grało, słońce świeciło, trawa w pocie czoła koszona. Na wszelki wypadek omijałem kępy tego, co to nie wiedziałem, czym to może być, żeby jakiegoś drogocennego kwiata, całe życie hodowanego, nie skosić. Beztrosko śmigałem warczącą maszyną do czasu aż w gąszczu traw kabel zniknął. Zniknął na chwilkę, tylko po to żeby się odnaleźć pod kosiarką. Pierdyknęło i stanęło. Przedłużacz piękny, pomarańczowy, widać od razu, że syn Krzysio kupił w OBI, taaaaaki długi. Musiałem skleić jedno z drugim. Wziąłem z apteczki plaster, bo była na wierzchu, nie będę przecież w poszukiwaniu izolacji przewracał babci sąsiadce w szafkach, po raz drugi. Nóż do odizolowania przeciętych przewodów też leżał na wierzchu. Zanim opowiem o następnym wydarzeniu muszę dodać na swoje usprawiedliwienie, że byłem wstrząśnięty i załamany przecięciem nie swojego kabla, na nie swojej działce, przez swoją nieuwagę i rozważałem w duchu: czy nie powinienem aby odkupić? Kabel od strony kosiarki wyrównałem i odizolowałem raz dwa, z jedną malutką raną cięta na kciuku, nie ma, o czym mówić. Ten od strony altany też poszedł nieźle, przynajmniej ta piękna zewnętrzna pomarańczowa warstwa… Co mi do łba strzeliło, żeby tę wewnętrzną izolację, bezpośrednio z przewodów ściągać zębami, nie mam pojęcia, może przez ten skaleczony kciuk? Chyba nawet nie straciłem przytomności, tylko się ciemno zrobiło przez chwilkę, a nad głową zatańczył wielki sterowiec z napisem Allegro. Skoro już leżałem, pozycji kucznej nie udało mi się utrzymać przy naładowywaniu wewnętrznych akumulatorów, pomyślałem, że nie zaszkodzi jak chwilę odsapnę przed dokończeniem naprawy i powrotem do koszenia. Popatrzyłem chwilę w niebo, uspokoiłem naelektryzowane serce, pozazdrościłem pilotowi sterowca, na całe szczęście faktycznie przelatywał, to nie była halucynacja. Postanowiłem w tej chwili oddechu, że jednak odkupię przedłużacz, mając nadzieję, że nie był to prezent urodzinowy od syna (niech szlag trafi ministra od bezrobocia i emigracji).
Reszta żniw na szczęście poszła już gładko, OBI też niedaleko, więc wyrobiłem się do czwartej. Siedzę, poruszam niemrawo palcami i nie wiem czy opublikuję dziś ten tekst, bo komp z siecią jest w drugim pokoju i trzeba by było wstać. Moje zmęczenie mnożę przez wnuczki, płci obojga, siostry, babci sąsiadki, które przyszły w odwiedziny. Dzielę przez sernik, co był, ale go te siostrzane wnuczki, 18 i 16 lat, zjadły jak ja tę trawę… Tak sobie myślę, że filantropia to ciężkie i niebezpieczne zajęcie.
*Etym. – gr. philanthrōpia ‘dobroczynność; życzliwość’ od philánthrōpos ‘kochający ludzkość’

A ja sobie myślę, Smutasku, że choćby przez sam fakt, iż czytając, dzisiejsza kawa poranna mi wyśmienicie smakowała, a uśmiech nie schodził z twarzy do słowa ostatniego, kolejny wielki plus zaliczyłeś swym uczynkiem Samarytanina.
Zbytnio przyzwyczailiśmy się do akceptowania uczynków obliczanych tylko w sensie zysków, że zaczynamy postrzegać je jako coś naturalnego. Unikamy zwykłych gestów dobroci ludzkiej uważając za śmieszne, bądź nieopłacalne dla nas. Na szczęście nie straciłeś życia, siły nadszarpnięte wrócą, a mnie podobnym Czytelnikom wracasz zaufanie do człowieka bezinteresowności.
Co za pasQdne pannice. Ale nie martw się Smutasku, wejdzie im za to w biodra:>. O:-)!
Tamar (jak to zdrobnić?), śmiech mnie bierze na samo wspomnienie. Zdrowo jest się pośmiać z siebie. Świat wystarczająco jest nadęty i “przedęty”, ten we mnie też.
A i demony się uspokajają, można iść do przodu (powinienem w tym miejscu puścić oko do pewnej Justyny z “ministerstwa”, ale ja wiem czy ona tu bywa?).
Pisz mi “mara”, bądź jak chcesz, Smutasku.
W krzywym zwierciadle głaszczesz swoje demony bardzo trafnie. Może i ja się czegoś nauczę:-).
Jako wprawiony “kosiarz”, może zechcesz pomóc pszennej przy trawniczku ? ze swej strony obiecuję kabel przytrzymać , żeby w swej złośliwości , to pomarańczowe wstrętne pod kosiarkę nie zechcialo samo wpełznąć, bo tak chyba musialo się stać . Ciekawi mnie jeno , czy kabel tylko spustoszenie w kieszeni poczynił czy też wlosy smutasa na sztorc postawił , czyniąc fryzure modną , albo może sterczace były jako widomy znak ,- w razie poszukiwań -sylwetki w pozycji kucznej wśród gaszczu trawy powalonej ?a po zajściu do normy powróciły:>
Moge też obiecać , że całkiem bezinteresowanie i z wielkim smakiem spożyję jabłeczbnik włoski , a pochwałom nie bedzie końca:D
Póki co jakąś rehabilitację polecam , celem rozuszania zastałych mięśni, a dla serca nieco odpoczynku , by po wstrząsie równym rytmem zaczęło bić:D
Niech to bedzie fikcja literacka !
niech to bedzie !
Niech bĘdzie, a nie bedzie…
:)
Ano co poradzisz…ludziom trzeba pomagać.
Bo za kilkadziesiąt lat będziesz dziadkiem Tomkiem i być może też zapukasz do jakiegoś sąsiada :)
Dobro powraca, że zwrócę się sloganem reklamowym jednej z fundacji komercyjnego TVN-u
Jak bumerang: “ze nic się nie mogę jego pozbyć”, Izanno:)