Adam jest fotografikiem, zaczaja się na przyrodę, chwyta ją obiektywem i zamienia w nieruchome obrazy. Adam przyjechał w Bieszczady, żeby znieruchomić wilki. Adam, co rano opuszcza spokojną przystań u R. i z mapą w ręku wyrusza w szarości przedświtu na polowanie. Wraca wieczorem. Wracałby wcześniej, ale błądzi. Głodny, niezadowolony, z mnóstwem zdjęć. Na żadnym z nich nie ma wilka, a w Adamie jest coraz mniej optymizmu i spokoju. Wieczorem raczy się, aż skończy mu się film, albo wyczerpią baterie.
Tomek jest włóczykijem i nie zaczaja się na przyrodę, to przyroda zaczaja się na niego, po to by sobie z niego zażartować, albo przestraszyć. Tomek nie wie konkretnie, dlaczego przyjechał w Bieszczady, ale mógłby tu znieruchomieć. Tomek wstaje o dziewiątej i zazwyczaj robi coś pożytecznego, chyba że się włóczy po okolicy, bez mapy. Nigdy jeszcze nie zabłądził no, ale może dlatego, że nigdy specjalnie nie chciał gdzieś trafić. Wraca wieczorem, albo i nie, bo Wołosate niedaleko. Nie ma kasy, więc się nie raczy, przez co nie wyczerpują mu się tak szybko baterie.
Było przed dziewiątą, kiedy już na nogach, wybierał się na jeżyny. Zabrał ze sobą kankę, żeby przyjemne mogło stać się też pożytecznym. Miejsce, w którym rosły było jego skrzętnie skrywaną tajemnicą, nigdzie indziej nie były tak słodkie i w takiej obfitości. Przypominały lipcowe krzaki malin tonące w czerwonej powodzi owoców. Poranek był chłodny, niedługo pewnie chwycą przymrozki. Szedł dziarskim, rytmicznym krokiem, nie śpieszył się, ale też nie spacerował, miał cel. Żeby oszczędzić czas szedł na skróty. Las był gęsty, nie tak jednak, by musiał się przez niego przedzierać. Tomek nie lubił udeptanych ścieżek, tak samo jak przedzierania się.
Adam wyszedł później niż zwykle. Wychodził dźwigając brzemię beznadziejności przedsięwzięcia na plecach. Nie miał już nadziei, chciał pomyśleć chodząc, w miarę możliwości niedaleko, żeby się nie zgubić. Trzymał się szlaków, które zaprowadziły go nad San. Przystopował go na kilku klatkach, posiedział na kamieniu, krzyknął na jelenia, który śmiał zabłądzić tu w poszukiwaniu niewiadomo, czego. Wracał ciężkim krokiem człowieka zawiedzionego myśląc o tym, że dziś jest dobry dzień na urwanie filmu.
Tomek z kanką pełną jeżyn już wrócił. Skupione dookoła niego towarzystwo słuchało chciwie opowiadania.
- Chodź posłuchaj Adaś, niesamowite … – zawołał do niego R. przyjaźnie.
- Eeeee – odpowiedział.
- No chodź, nie pożałujesz – zachęcał niezrażony R.
Ociągając się, powoli, dla świętego spokoju przysiadł się do nich.
- No mówię wam, najpierw usłyszałem pochrapywania i chrząkania – opowiadał Tomasz z wypiekami na twarzy.
- To niedaleko tych moich jeżyn było… Przerywane takim głuchym, przerażającym warczeniem. Z początku nie zwróciłem uwagi, że prócz tych dźwięków nie ma nic, nawet ptaków i drzewa tak jakoś mniej szumiały. Tylko to grrry, wrrrooom, chrrrryyy. Ciekawość to pierwszy stopień do piekła i powiem wam, że jak już to piekło zobaczyłem, to się o mało ze strachu nie posrałem. Całe szczęście, że wiatr szedł na mnie, bo jak nic byście tych jeżyn dziś nie posmakowali.
Wskazał palcem kankę wypełnioną, w jego mniemaniu czarnym złotem, a wzrok wszystkich powędrował w tym kierunku. Adam zaś zmieniał się na twarzy nie spuszczając opowiadającego z oczu.
- Powolutku, po cichutku podchodziłem do granicy drzew. Ta polana nie jest duża, miałem je naprawdę blisko i jak na dłoni. Upolowały jelonka. Taki chudziak, drobiazg prawdziwy. Krążyły dookoła niego, a jeden z nich szarpał trupa. Cały pysk miał umazany krwią, a kłów nie chował ani na chwilę. Mogłem zobaczyć jak mu posoka z nich kapie. Obserwował te, co też by chciały się do posiłku dorwać i powarkiwał. Łeb podnosił tylko po to, by kłapnąć zębiskami na tego, który podszedł zbyt blisko. Wszystkie z nastroszoną sierścią i obnażonymi zębiskami przyglądały się temu i chodziły na ugiętych łapach. Nosy opuszczone nisko, grzbiety przygarbione pokorą wobec przywódcy. Takie dzikie, gotowe rzucić się sobie nawzajem do gardła, żeby ustalić kolejność posiłku. Coś niesamowitego… Jak je zobaczyłem zaraz przygięło mnie do ziemi i nie mogłem się z tych kucek podnieść, bo nogi miałem jak z waty. Bałem się, że jak złamię jakąś gałązkę, albo narobię innego hałasu, to mnie rozszarpią na miejscu, a jednocześnie nie mogłem oderwać wzroku od tego niesamowitego obrazu.
Adam zmieniał się na twarzy coraz bardziej, nikt tego jednak nie widział, bo wszyscy oczyma wyobraźni byli na polanie zbroczonej krwią.
- W końcu jakimś cudem wycofałem się stamtąd, a jak zapierniczałem potem przez ten las to nie macie pojęcia, prawie nóg nie pogubiłem. No szkoda, że nie mam aparatu…
Tu Adam wstał.
- Dosyć – wyszeptał – Mam dość, wyjeżdżam.
Popatrzył nienawistnym wzrokiem na Tomasza i poszedł się spakować. Dziesięć minut później żegnał się z R.
- Ale ty widziałeś te wilki? – zapytał niespokojnie R., kiedy siedzieli wieczorem przy ognisku dopijając pozostawione adamowe zapasy trunku, naciągając film do granicy zerwania.
- Gdybym wiedział, że się o to zapytasz dałbym sobie tyłek pogryźć – odpowiedział.
Czasami wystarczy mieć szczęście
sierpień 6, 2007 autor: smutas

Jak w stadzie , uczta dla najsilniejszych Adaś musiał głodny odejść:D
Wilki są bardzo niebezpieczne , potrafią kpić sobie z ludzi podchodząc pod domostwa , zuchwale sobie poczynając zagryzają parzystokopytne w zagrodach . Coraz częściej się słyszy o takich incydentach…ponoć to oznacza , że zima przyjdzie szybko i będzie ostra:>
Osobiście lubię zimę !
Adam pragnął zbyt mocno, jednocześnie gubiąc zapał prawdziwej pasji obserwowania przyrody, na którą wytrawni obserwatorzy tracą lata. Kilka nocy spędzonych na ambonie i tylko raz dane mi było ujrzeć piękne, płochliwe sarny.
Natura polubiła Tomka odwzajemniając się mu szczęściem nieoczekiwanego. Świetny opis „pikniku na trawie”. Brrr…piękno i groza praw rządzonych przyrodą. Jakbym to oczyma własnymi widziała:-).
Miałem jeszcze jedną przygodę z wilkami, opowiem następnym razem:) Są faktycznie groźne i niebezpieczne Pszenno. Na zimę to ja poproszę na Karaiby:)
Adam robił wtedy zdjęcia do jakiegoś albumu Maro i wściekał się, bo terminy go goniły. Przypomniało mi się, że na polanie pod lasem koło R. było rykowisko. Matko jakie sztuki tam przychodziły, a jak niosło się ich nawoływanie… Może nawet dalej niż … :D
Smutasie , no trudno , żar karaibskiego słońca w niczym nie będzie przypominał mroźnego ukłucia zimowych igiełek , gorący podmuch – mroźnego wiatru na wysmaganej twarzy, koktajl z parasolka – grzańca z goździkami , hm , a może wbrew Tobie zabiorę Cię w myśli na śniegiem pokryta polanę , będziesz łezką w mym oku kiedy wiatr wedrze sie za okulary , a może gdzieś w oddali wilk zawyje …
Gdy sie zbytnio na coś czeka, to coś drwi z nas śmiejąc się w kułak. Goniąc za czymś zziajani mijamy czasem to co ważne, czasem mijamy siebie.
Im częściej czytam o Bieszczadach, tym częściej mi się śnią.
:-)
Aa… to chyba że terminy. ;-)) Echh życie…
Czas ze snu ściągnąć je na jawę Kasiu, “być może”, jak mawia pewien “kot”:)