Wrzosy fioletową plamą wspinają się na urwisko, zdobywają je po to by przegrać z ostrą krawędzią, jaką kończy się ziemia i zaczyna niebo. Nie widzę jednak z tej perspektywy skalnej brzytwy kaleczącej szkarłatno-błękitny nieboskłon. Przeczuwam raczej jej obecność tak jak czuje się nadchodzący zmierzch. Słońce wciąż jeszcze złote w źrenicy chciałoby zerknąć w fiolety, dopełnić jaskrawością barw naturalność pejzażu, lecz na jego drodze staje cień rozszczepiając blask swoim konturem, zazdrośnie strzegąc widoku. Mrużę oczy i kiedy wszystko nabiera kształtu rozlewającego się kolorami pejzażu* impresjonisty, dostrzegam Go. Stoi z rozpostartymi ramionami i lekko uniesioną głową. Poły płaszcza opadają swobodnie falując nieznacznie w lekkiej bryzie od morza. To już jesień – dociera do mnie – pewnie koło dziewiętnastej… Wtedy wiatr słabnie na chwilę zajęty pożegnaniem dnia i powitaniem nadchodzącego mroku. Postać stoi jakby karmiła się odchodzącym już na spoczynek ciepłem, nieco spóźniona w swoim bezruchu, a jednocześnie wyczekująca pierwszego podmuchu nadchodzącej nocy. Otwierając szeroko oczy sylwetka niknie na powrót stając się jedynie cieniem.
Siostra go nie lubi. Twierdzi, że zbyt wyraźnie kojarzy jej się anonimowość wędrowca ze mną. Nielubi go, bo nie wie cóż ten zagubiony pośród wrzosowiska na stromym klifie człowiek myśli, dokąd zmierza i dlaczego właśnie tu się zatrzymał. Czasy tragi-romantyków minęły, muszę jej o tym powiedzieć. Cóż, ja nie czuję niepokoju patrząc na niego.
Kiedyś pamiętałem skąd wziął się u mnie w domu, dziś stał się jego częścią. Nie muszę odwracać głowy by go odnaleźć. L. zapewne pamięta tę historię za mnie.
*Claude Monet - Parlament Londyński 1904

…stoi z rozpostartymi ramionami i lekko uniesioną głową…
to urzeka, to daje nadzieję, to zapada w pamięć…
:)
Czuję się zapadnięty :D