Puk, puk*
Kto tam?
Jutro
Skądeś przyszło?
Z wczoraj
Innej drogi nie było?
Nie było
To, co ty za jutro jesteś?
Dzisiejsze
Coś kręcisz, nie wiem czy cię wpuszczę
To sobie pójdę
Jak to i nie będzie ciebie wcale?
Nie będzie
Powiedz mi, chociaż, z czym przychodzisz.
Nie mówi się szczym tylko siusiamy.
Jak mam cię wpuścić skoro nie wiem, co przynosisz?
Niosę ciebie
To będę jeszcze jutro?
Póki, co nie chcesz mnie wpuścić
Wolałbym cieszyć się na jutro, niż się go obawiać.
Nie obawiaj się jutra póki puka.
Słońce daje czadu do obłędu. Pod kapeluszem czuję drobne kropelki potu. Lepszy kapelusz niż bejzbolówka… Nagi się czuję bez włosów. Dwa dwulatki biegają po wybiegu podszczypując się. Do ogrodzenia podchodzi izabelowata klacz i szturcha mnie pyskiem w ramię, wyciągam dłoń w stronę chrap. Odchodzi, nie oczekiwała przyjaźni tylko smakołyka. Dwulatki przestały brykać i podbiegają w nadziei, że coś rozdaję. Patrzą ciekawie, gdyby mogły zajrzałyby mi do kieszeni, podchodzą jeszcze bliżej i pewnie coś tam do siebie szepczą, bo jak na komendę odwracają się i galopem odbiegają na drugą stronę wybiegu.
- W wannie na budzie stoi chleb.
Odzywa się piskliwie mała, piegowata blondynka ubrana w jasne bryczesy i sztylpy tego samego koloru, co mój kapelusz. Musiałem spojrzeć nieprzytomnym wzrokiem, bo powtarza zdanie wskazując ręką białą, dziecięcą wanienkę stojącą na budzie Drapichrusta.
- Jak chce się pan umówić na jazdę to niech pan idzie do biura. To w stajni.
Strzela kolejną informacją, niezrażona moim milczeniem. Błyszczą bielą te jej spodzieńki w prażącym słoneczku i pachnie nowością każdy cal odzieży. Dobre na zawody, ale na codzienną jazdę szkoda takiego garnituru. Sztylpy powinna inne sobie sprawić, raz dwa się zniszczą i nie będą już tak efektownie wyglądać. Patrzę się na nią i ani słowem się nie odzywam, chociaż widać, że blondynka chce pogadać, chociażby po to żeby odegnać zdenerwowanie.
- Pan pierwszy raz?
Wszystkim, którzy coś tam robią pierwszy raz wydaje się, że ci dookoła też. Korci mnie żeby zdjąć kapelusz i przetrzeć glacę chusteczką, niby z potu. Zadziwiające jak świecący, nagi łeb, w połączeniu ze szczupłością twarzy, działa studząco na przypadkowych rozmówców. Chyba jednak nie chcę jej straszyć… Czy ona jest winna temu, że stoi teraz obok mnie w całej rynsztunkowej okazałości? Cóż ona może poradzić na to, że za chwilę włoży nogę w strzemię i chwytając się łęku wdrapie się na siodło? Pewnie nawet w zdenerwowaniu zapomni przywitać się z wierzchowcem, dać mu się powąchać, poklepać pieszczotliwie po szyi, szepnąć coś by dać mu poznać siebie. A tu jeszcze trzeba sprawdzić popręg, czy czaprak aby na pewno dobrze leży, wreszcie ustawić strzemiona. Niska jest to będzie musiała podciągać na koniu…
- A pani teraz ma jazdę?
- Tak. To już moja druga.
Odpowiada z dumą, zadowolona, że nie zostawiam jej z tym niezręcznym milczeniem.
- Na jakim koniu?
- …Taki ciemnobrązowy, podpalany z czarną grzywą.
- To Dym. Dym to profesor. Lubi precyzyjne dane. Jak nie będzie pani dawać mu jasnych sygnałów, co ma zrobić to stanie i się nie ruszy. Nie zmęczy się pani tym, że chodzi gdzie mu się podoba. Dobry koń, żeby nauczyć się pracy łydką.
Rozgadałem się, a blondynka najwyraźniej przestraszona wywodem o łydce już otwiera usta żeby zapytać jak to robić żeby było dobrze. Przerywa jej wołanie, mówi przepraszam i odbiega kurcgalopkiem podniecona jak nastolatka by zacząć swoją jazdę. Uśmiecham się pod nosem. Urlop to dobra pora żeby nauczyć się czegoś nowego.
Młodziaki zmęczyły się brykaniem i stoją bez ruchu, każdy w swoim narożniku, a może szykują się do jakiejś nowej zabawy? Izabelowata podskubuje wysuszone źdźbła trawy. Pięknie wygląda platynowa grzywa na tle brązowego umaszczenia. Do tego porusza się wdzięcznie, z niewymuszoną gracją. Ma dobre proporcje. Przypomina kobietę przechadzającą się pośród tłumu mężczyzn, świadomą spojrzeń, jakie jej towarzyszą. Zdawać by się mogło, że u kostek wyrosły jej hermesowe skrzydła, które unosząc nieznacznie stopy nad ziemię wprawiają biodra w ten kołyszący ruch… Ogier stąpałby inaczej. Twardo, bez namysłu i wahania. Krokiem przywódcy.
- Nawet o tym nie myśl.
Słyszę tuż obok siebie.
- Gdybyś wiedział, o czym myślę…
Odwracam głowę i uśmiecham się do M. wyciągając dłoń na powitanie.
- Prawda, że fajna blondi. Szwedka, właścicielka też. A ty, kiedy przywieziesz tu swojego?
Tydzień przed chemią kupiłem konia. Nie, ja go wybłagałem po wielu miesiącach próśb, gróźb, narzekań na nieżyczliwość. Byłem upierdliwy aż do obrzydzenia. Gdyby L. i P. nie sprzedali mi go zapewne zabroniliby więcej do siebie przyjeżdżać. M. wie, że go mam i przymawia się żeby stał u niego. Nie, dlatego, że koń jest wyjątkowy, ale dlatego, że jeżdżę u niego prawie od zawsze, przywożę darmowe wino i zarażam znajomych koniarstwem. Pożyczy nawet przyczepkę, żeby go można było przetransportować z Mazur.
- Przywieź, koń musi być chodzony.
Przekonuje
- Pożyjemy zobaczymy. Idę, pewnie zaraz zwalą się tu ludzie.
- Kiedy?
Pyta, wiedząc, że ja wiem, że on wie. Od kogo wie nie mam pojęcia. Wzruszam ramionami, sam nie znam odpowiedzi na to pytanie. Odchodząc macham ręką, zerkam jeszcze raz na bawiące się źrebaki i platynową lady. Gdybym się nigdy nie zakochał i tak wiedziałbym, co to miłość. Pożyjemy zobaczymy…
* Napisałem ten wiersz(?) z myślą o konkretnej osobie i miejscu, ale pozwalam sobie zamieścić go i tu. Mam nadzieję, że nie będzie mieć mi tego za złe.

Przez aksamitność końskiej sierści, niezależność i więź, jaka rodzi się między wierzchowcem a jeźdźcem, oddanie, nieznane nawet psu. Przez heroiczne bohaterstwo, nieobce końskiej duszy, naturalną piękność, gdy stoi, chodzi stępa, galopuje. Nigdy nigdzie nie doznałem takiego poczucia wolności i radości, jak wśród tych zwierząt, bez względu na to czy byłem tylko między nimi, czy siedziałem na ich grzbiecie. Konie to nie pasja. Nie da się tym mianem określić związku miedzy żywymi, czującymi, wrażliwymi i myślącymi istotami. Kiedyś w jednym z komentarzy chciałem napisać coś, co zobrazuje, czym konie dla mnie są i jak wiele od nich otrzymuję. Pisząc powyższy tekst zorientowałem się, że nie umiem tego zrobić. Nie potrafię oddać tego wszystkiego, czym we mnie są i jak je widzę, bo na dobrą sprawę są wszystkim, co we mnie najcenniejsze. Od nich mam najsubtelniejszą część mojej natury. Dzięki nim odkryłem w sobie delikatność i chęć zrozumienia drugiej żywej istoty i jak połączyć to ze stanowczością i konsekwencją postępowania. Przez nie, nie zestarzałem się, zatrzymując w sobie młodzieńczą beztroskę i uśmiech. Tylko odebranie mi ich byłby w stanie pogrążyć mnie ostatecznie i nieodwołalnie. Póki jest nadzieja na to, że jeszcze dosiądę końskiego grzbietu, póki jest wiara, że dla mnie o świcie wychodzą z mgły warto żyć.
Gdyby zawiedli mnie wszyscy,
Gdyby świat w ogniu miał stanąć
I wilki wśród ludzi żerując
Rozdzierały na sztuki człowiecze dusze
W nich odnalazłbym nadzieję na jutro.
I w Tobie, ale ty o tym przecież wiesz.
Raz jedyny ,ładnych parę lat temu , miałam okazję spróbować swoich sił w siodle , niestety okupione to było wielkim wysiłkiem od samego poczatku . Chyba narażę się na śmieszność pisząc , że przemknęło mi wówczas przez myśl , że aby dosiąść należy uprzednio potrenować gimnastykę artystyczną z wszelkimi naciąganiami zastanych ścięgien . Niestety , może lenistwo instruktora , może jego niechęć do zdradzenia tajników technicznych , może moja niegramotność spowodowały , że zaniechałam ! amazonką nie zostałam:)
Piękne jest to co piszesz , najważniejsze by każdy odnalazl coś dla siebie i w tym odnajdowal radość….ja pominę te spodzienki i sztylpy , że też niektorzy szczególnie są wyczuleni:D a może wlaśnie w tym tkwił problem! miałam dres , to jednak malo profesjonalana bylam:)
Pierwszy raz siedząc na koniu miałem na nogach kalosze. Cały czas mi spadały, razem ze skarpetkami. Jechaliśmy na oklep i trzęsło, że matko jedyna :D
Będę się upierał przy “spodzieńkach” i “słoneczku”:P
Smutasku, ja Cię proszę, Ty pisz jak najwięcej o koniach. Cudnie to robisz i precyzyjnie bardzo. Doskonale wiesz, o czym piszesz, a ja wiem, że oddajesz idealnie stan zażyłości pomiędzy koniem, a jeźdźcem. Możliwe, że to ja nie umiałam znaleźć drogi do serca niepokornego Malucha, może tak jak Ty, stary wyjadacz z lekka sceptycznie i z drwiną traktował moje próby podporządkowania jego nieokrzesanej duszy. Poszliśmy na ugodę. Nie dosiadam Malucha, ale łaskawie i powiedziałabym nawet z niecierpliwością czeka, abym to ja dopieszczała jego aksamitną skórę. Gdy zbyt długo mnie nie ma, wita mnie kąsaniem, dasz wiarę? Forma kary czasem bywa bolesna. Czysty wyzysk;-).
Gracja, to przyjaźń dwóch kobiet leniwych, zazwyczaj kłusem znaczona:-).
Napisałeś:
„ Zadziwiające jak świecący, nagi łeb, w połączeniu ze szczupłością twarzy, działa studząco na przypadkowych rozmówców. Chyba jednak nie chcę jej straszyć…”
To Twoje wyobrażenie, nowicjusza;-).
Pozdrawiam ciepło:-).
Smutasie , jesli “spodzieńki” to dlaczego nie “słoneńko” :P
a podusieńki nie zakamuflowaleś w spodzieńkach , kiedy tak na oklep cwalowałeś do utraty tchu i kaloszy , wraz ze skarpeteńkami?:D a czy mogę niesmialo zapytać o tę delikatusieńką część , co obcować prawie bezpośrednio musiala z aksamitem końskiej skóreńki ?
Mogłabyś Pszenno, ale ci nie powiem o aksamitach stykajacych się bezpośrednio i delikatniusieńko, musisz sobie wyobrazić:P
Widać, że wracasz do siebie, po okresie “błędów i wypaczeń”:D
Maro, miałem kiedyś przyjemność spotkać Sierżanta, ogiera. Piękny był, czarniawy i z humorami. Drań nie lubił czyszczenia. Trzeba mu było kantar zakładać do tej czynności, ja nie założyłem i nie uwiązałem. Anim się obejrzał, jak stałem wciśnięty w kąt miedzy okno, a ścianę boksu, wojak zaś namierzał mnie zadem i przygotowywał się do strzału z tylnego działonu. Nie odpalił na szczęście, może mu w martwym polu zniknąłem, a może to było miłosierdzie. Jak już go uwiązali, to musiałem iść gatki zmienić, bo nogi miał silne, kopyta twarde, a ja wyobraźnię bujną.
I to by było na tyle starego wyjadacza :D
Smutasie widzę , ze kolega dyplomatycznie zechciał wybrnąć, ja jednak wolalabym rzeczową odpowiedź wiem , ze takowej Ci nie braknie , znając potencjał jakim dysponujesz juz ciekawa jestem jak o tych aksamitościach prawić będziesz:) może nawet jakieś wspomnienie na miarę nowej notki zainspiruję swoja dociekliwościa:D i nie pozwól mi na rozpasanie mysli, bo ujrzysz jeżdźca pod wiatr pedzacego w kapelusie , kaloszach , na oklep z odglosami kichnięcia:D
Dobrze, to umówmy się tak: ja w spodzieńkach, ty w “kapelusie”, kichamy pod wiatr w kalosze i słuchamy odgłosów, dając się paść wyobraźni swobodnie :D
Wzruszenie odebralo mi mowę :D no dobra , zgadzam się!
Znacie uczucie , kiedy wiatr opiera się o policzki a jego zapach odurza swoją siłą i swieżością , znacie uczucie współistnienia z naturą kiedy pędząc przed siebie stajecie sie jej nierozerwalną częścią , znacie uczucie siły jaka w was budzi się kiedy przejmujecie panowanie ….
no właśnie , zapanować nad własnymi mięśniami , nierzadko nad piekącym bólem , zwalczyć własną słabość , pokonać muldy , zbratać się z predkością odczuwalną każdym centymetrem własnego ciała , poczuć miliony zimnych igiełek na policzkach , pławić się z rozkoszą w tumanie podnoszonego puchu przez krawędzie nart .
Tak , jazda na nartach to jest żywioł , okiełznanie go daje niesamowitą satysfakcję ,zapanowanie nad tymi z pozoru bezdusznymi kawalkami desek , w ktorych przy zetknięciue z chlodem zaczyna pulsować życie….poddają się dobremu jeżdźcowi , zrzucają śmialków , ktorzy nie doceniają ich siły.
Jazda konna czy na nartach , wymaga calkowitego ddania , właściwie pokrewieństwo odczuć jednakie , ale jest chyba pewna róznica….. jadąc na nartach całkowicie musimy zawierzyć własnej sile i rozsądkowi…jadąc konno , czasami można polegac na intuicji konika , powszechnie wiada , ze ON zawsze do stajeŃki powraca :P
Tak jak “z pozoru bezduszne kawałki desek” zawsze same znajda drogę w dół zbocza:P
Czuję się zachęcony Pszenno, może warto poświęcić urlop by nauczyć się czegoś nowego;)
Smutasie , obiecaj , że nigdy nie dopuścisz do tego , by deski same drogę znalazły , ten incydent może być tragiczny w skutkach;) to może nawet wykluczyć dobrą jazdę na oklep:P
Dobranoc i śnijcie najcudniej:)
Przeniczna, wierzę na słowo Twoje. Mnie bliższa deska od prasowania pagórków, niekoniecznie tych skalnych. Wiara to jeszcze nie wszystko, trzeba mieć też chęć, a ja zimna nie lubię, zatem Wasze płonne nadzieje, bym czegoś więcej w zakresie szusowania po stoku, pragnęła.
Dobranoc i Tobie:-).
Maro , przerazilaś mnie tą “pszeniczną” zaraz jako żywo stanął mi obraz alkoholu przemycanego przez braci ze wschodu i dostępnego w dużych ilościach na naszych rodzimych bazarkach i rynkach….oj :/
Coś w tym jest… Można by było powiedzieć Pszenno, że zmonopolizowaliśmy komentarze.
Lepiej nie mów smutasie , bo zapadnę się , właściwie już to zrobiłam …. przepraszam.
Oj, przepraszam Pszenna:-). Nie mylić ze Stoliczną i inną Wyborową, chyba żeby wyborną dyskutantką nazwać, to tak. „Pszeniczne” skojarzenie z sielskością terenów pełnych łanów pszenicznych i Was, pędzących gdzieś tam razem;-).
Maro, moje narty jadą osobno :-)
A Pszenna niech się przestanie zapadać, no chyba, że w sypkim śniegu. Jak byłem mały to lubiłem robić anioły właśnie w takim puchu:)
Smutasku, używając zwrotu/pędzących gdzieś razem/, kierowałam się wspólną konwersacją, jaką daliście w komentarzach pod notatką. Ni mniej i nic więcej, nie miało to znaczyć. Strząśnij ten rumieniec:-).
Maro, nie czerwienię się myślałem tylko, że nas do jednej pary nart przypięłaś, a tam przecież muldy :)
Powiem tak: widać jak serce Ci się wyrywa i dusza raduje mając przed oczami konie; i czy to w wyobrażni, czy na jawie pewnie Ci tak samo oczy błyszczą, gdy o nich mówisz – to daje sie wyczytać.
Wy tu o muldach i wspólnych “bieganiach” a ja tak ni z tego ni z owego…
Wybaczcie , ja z drogi;-)