Kończy się rok, więc to, czym kartki zapisałem niech w nim zostanie, a Nowy czysto się zacznie.
Dół
Ból, wróg spokoju, pęcznieje we mnie
Odnajdując nieznane mi dotąd przestrzenie.
Uwięziony za zamkniętymi powiekami
Rośnie, pyszniąc się rozedrganą dłonią,
Brzydkim grymasem mącąc powierzchnię.
Wilgotnym śladem znaczy wasze twarze
Rozlewając się na nich, zmieniając postać
Słoną rosą plami białe prześcieradło.
Grzebią mnie te łzy, odbierają światu pogodę,
Idźcie sobie, idźcie między smutne korytarze,
Nakarmcie waszym płaczem ściany,
Żałością niech spłyną schody i posadzki.
Potem, uspokojeni wróćcie, od nowa zacznijcie
I zażartujcie raczej ze mną, wyśmiejcie
Przedziwnie wykrzywione usta.
Niech się ból tej wesołości przestraszy,
Niech mu się ostrze na niej stępi,
Bym mógł spokojnie na was patrzeć,
I bez wahania wesprzeć – Przyjdźcie jutro
Góra
Jakże was kocham, łzy
Jak bardzo widzieć was chciałem,
Tęsknie wśród nowin wyczekując.
Wciąż wyobrażając sobie
Że na roztańczonych uśmiechem wargach
Lśnicie blaskiem ulgi.
Kiedyście przyszły,
Kiedyście zakwitły,
Stałyście się światem,
Drzwiami na oścież otwartymi,
Ku życiu, schodami do jutra.

Łzy nie sa złe. Tylko czasem błądzą…
To prawda, czasem.