- To ostatnia ściana, rozbierać?
Obudziło mnie z zamyślenia to pytanie. Rozejrzałem się dookoła sięgając wzrokiem aż po horyzont z wyjątkiem miejsca, w którym stał murarz naprzeciwko cienkiej kreski muru, jaki pozostał po… No właśnie, po czym? Co od czego oddzielał nim zaczęło się szaleństwo rozbiórki, salon od przedpokoju? Nie pamiętam. Dziwne…
Ściana stała twardo i dumnie, wyprostowana, bez śladu pęknięć, czy jakiś wad. W bieli farby odbijało się słońce spływające blaskiem z niczym nieskrępowanego nieba. Przyglądałem się jej lekko przymrużonymi oczyma, gładka jak lodowa tafla. Wyciągnąłem ostrożnie rękę spodziewając się spotkania z kąśliwym chłodem. Pomyliłem się, nie pierwszy raz zresztą źle oceniłem sytuację. Pozory mylą, tak chyba brzmi najstarsza prawda świata?
Spod warstwy farby i tynku promieniowało ciepło, pulsowało i oplatało dłoń, jak robi to człowiek chcą powiedzieć coś ważnego i trudnego, nie pozwalając jednak by słowa zabrzmiały zbyt szorstko szuka pomocy w dotyku. Cegły żyły.
- To jak, rozbieramy jo?
Murarz stał przypatrując mi się jakoś dziwnie.
- Nie
Odpowiedziałem krótko wciąż z dłonią wtuloną w mur. Wspomnienia napływały falami sprawiając, że ożywałem i umierałem po kilka razy na sekundę.
- Jak pan chce, ja bym tam jo wywalił. Ciężko bedzie budować od nowa z to ściano pośrodku…
Zawiesił zdanie czekając na głos rozsądku, który miał teraz przeze mnie przemówić.
- Nie buduję od nowa, tylko na nowo.
- Jak zwał, tak zwał – skwitował zawiedziony – Jak to mówio: czyje małpy tego cyrk. Tylko nie zapomnij pan o drzwiach, znowu. Same okna nie wystarczo. A tak z ciekawości, nie myślałeś pan, żeby się stąd całkiem wyprowadzić?
Zamilkłem na chwilę obracając w sobie to pytanie.
- Myślałem. Proszę spojrzeć w tamtą stronę.
Wskazałem murarzowi południowo-zachodnią krawędź betonowej ławy.
- W wylewaniu tamtego fundamentu pomagała moja matka, pierwsze okno osadziłem w ścianie, która z niego wyrosła.
Pamięć miejsca szybko wracała.
- W tej części, gdzie teraz stoimy miała udział babka, tu był kominek i salon. Ojciec, pod tamte ściany nośne. Jestem… Nie mógłbym budować oderwany od…
Murarz przyglądał mi się z zainteresowaniem.
- Powiem inaczej. Budowałem myśląc, że tego tu nie ma i sam pan widział, co mi z tego wyszło.
- Myślisz pan, że teraz będzie inaczej?
- Myślę, że teraz wiem, co jest ważne i nie zapomnę o drzwiach.
Majster roześmiał się.
- To ja ide, czeko robota. Do widzenia
Nie odpowiedziałem, usiadłem opierając plecy o ostatnią-pierwszą ścianę. Przyjemne ciepło przenikało przez koszulę i napełniało spokojem.
- A teraz pomyślę, czego tak naprawdę chcę.
Powiedziałem głośno w samo południe i przymknąłem oczy.
Fucha
grudzień 29, 2007 autor: smutas

O jejku , a co Ty robisz?
Do “fikcji” to się nie nadaje, do “listowia” też, nie “wykradałem”, prawdziwe poniekąd, więc “opowieści”, od biedy…
Nie chce mi wejść inaczej w żadną ramę pszenno, chyba że “pojednania”, ale czegoś takiego jeszcze nie mam:)
A może zakladke “Noworoczne remanenty” stwórz:>
Ta zbieżność w czasie jest zupełnie przypadkowa i z Brygidą Jones nie ma nic wspólnego;)
A jakieś postanowienia noworoczne poczyniłeś?
Zawsze miałem z nimi problem, jak się poprawiać to na trzeźwo, dlatego noworocznie nie postanawiam;)
Tadam! Popraw się smutasie…..najpierw zacznij od glowy na poduszce :} a jak juz na świat swieżym okiem spogladąć będziesz , to o treść postanowienia ponoworocznego poproszę;)
Obudować ramą ponadczasowości. Oj i znowu swoje trzy grosze…:>
Ale jak nie pisnąć z dolnego kąta, że ściana zdrowa od fundamentów, to i grzechem byłoby ją burzyć;-).
Taa, nadgorliwość nie sprzyja myśleniu.
A grosze wciskaj Maro skarbonkę mam dużą zmieszczą się wszystkie:)