Zbudować dom, spłodzić syna, posadzić drzewo. Trzy filary spełnionego życia, trzy prawdy, które określają drogę, dla których my mężczyźni, stawiamy czoło przeciwnościom. Różnie można patrzeć na dom, syna i drzewo, milczącego świadka naszej historii. Z drugiej strony, jakie to proste, jak głęboki sens kryje w sobie święta trójca męskich dążeń. Nie trzeba do jej zrozumienia wielkiej inteligencji, ani filozoficznego przygotowania. Któż nie wie czym jest dom, albo, czym być powinien? Potomstwo, ono nas dopełnia, kształtuje, że odwrotnie? Być może, ale to my dojrzewamy przy mim, dorastamy wraz z nim. Latorośl zaś niepostrzeżenie czerpie z nas i nasiąka nami, jak drzewo sokami ukrytymi pod powierzchnią ziemi, a potem zakwita, zieleni się pamięcią, którą karmiło się w dzieciństwie.
Chciałbym mieć syna, zawsze mówiłem, że to nie ma znaczenia, że dziecko samo w sobie jest cudem. Kłamałem. Zdecydowanie chciałbym mieć syna! Kilka lat temu przyśnił mi się (pamiętam swoje sny). Śnił się niepokojem, strachem i miłością, ale tak przecież dzieci śnią się wszystkim rodzicom.
Dom.
Wiem jak mój dom miałby wyglądać, dużo o nim myślę. Jakiś czas temu w ramach prezentu urodzinowego, znajomy podarował mi jego projekt. Temat go zainteresował bo materiały, których chcę użyć do jego budowy są raczej niecodzienne wręcz pionierskie na naszym rynku i tanie. Mam też wyobrażenie miejsca, w którym miałby stanąć. Dom, to przedziwne zadanie, nie da się go wykonać w pojedynkę. Jeżeli tak się dzieje, na zawsze pozostanie dla kogoś obcy, lub niezrozumiały, albo, co gorsze, stanie się więzieniem. Trzeba uważać, kiedy stawia się Dom… Zdaje się, że mam na ten temat pewne pojęcie, polegające na tym, jak tego robić nie wolno.
Drzewo.
Do niedawna nie chciałem sadzić żadnego drzewa. Zbyt nisko oceniałem siebie, by wierzyć, że pamięć o mnie mogłaby komuś się przydać. Egoistycznie pragnąłem odejść w zapomnienie, rozpłynąć się, zniknąć. Myślę, że traktowałem życie jako dopust boży, miejsce udręczenia, zawodów i niespełnienia, a jedyną rzeczą jaka mi przychodziła do głowy to drwić z siebie i słuchać jak mówią inni.
Paradoksalnie dopiero namacalność niebytu (trochę zacząłem się bać słowa „śmierć”), pokazała mi jak bardzo bliskie jest mi życie, jak mało ceniłem w życiu samo bycie. Daleka droga do tego by pogodzić się ze sobą i z własną historią, ale to dobry kierunek. Zaczynam mieć nadzieję, ba, wierzyć w to, że chcę coś po sobie pozostawić, podpisać się pod czymś własnym nazwiskiem.
Skąd ta zmiana? Nie z mądrości, ludzie zarazili mnie pozytywnym myśleniem o sobie samym. Ich staranie i wiara w to, że warto i trzeba mnie ratować, warto poświęcić własne znajomości, kontakty w mojej sprawie, skoro ja sam nie potrafiłem o nią zadbać.
Muszę, czuję potrzebę podziękowania: Jerzemu, Marcinowi, Tamarze, Ewie za to, że dzisiaj mogę w ogóle czegoś pragnąć. Ich przyjaciołom za zajęcie się moją rodziną, już tam na miejscu. To brzmi może nieco pompatycznie i „oskarowo”, ale nic na to nie poradzę. Zszedłem też z tematu, samo się zeszło bez mojego udziału, jakby.
Jeszcze jedno.
Śniło mi się zdjęcie, które mnie przestraszyło i spowodowało, że wcale nie chciałem iść dalej, że zapragnąłem się obudzić. Może wydawać się śmieszna ta metafizyka obrazu, ale tak właśnie było, poniekąd ta fotografia tchnęła we mnie wolę walki(?). Za nie też chciałem podziękować, gdybyś mogła podać link Didixi byłbym bardzo wdzięczny, nie mogłem jej znaleźć po powrocie do domu. „Quo vadis homo?”, tak chyba je zatytułowałaś?
Poniekąd Mężczyzna
styczeń 3, 2008 autor: smutas

:)
Jakby, niezmąconą pewnością dojrzałości zagrzmiało:-).
U mnie wieje, nawet nie jakby;)
„Dom to zadanie” — racja, Monsieur.
„znaleźć człowieka, swoją przystań, urządzić po swojemu fragment świata”…