Opowiadałem już kiedyś tę historię. Mimo, iż Smutas skasował ją doszedłem do wniosku, że wpisuje się całkiem nieźle w bieszczadzki nurt no i jest autentyczna, dlatego dałem wypowiedzenie Hirkowi.
Jest jeszcze jeden powód. Pochłania mnie bez reszty rzeczywistość, a nie chcę by wirtulandia straszyła ciszą.
Wybaczcie odgrzewane danie.
- Aaaaaa!!!
Opętańczo wrzeszcząc, z uniesioną nad głową siekierą, potężnym kopniakiem otwierając drzwi wypadłem na zewnątrz. Ciemność czekała na mnie, razem z dzikim sercem Bieszczad bijącym w piersi głodnego niedźwiedzia.
Wskoczyłem w nią bez wahania. Z duszą wojownika i szaleństwem w oczach ruszyłem walczyć o życie.
* * * *
- Gdzie tam Kowalikowo, żadne bzdury! Jędrzejowa na własne oczy widziała, że to lokis – mówiła z przejęciem kobieta w filcowych kaloszach i wzorzystej chuście na głowie – Krowę jedną łapą obalił!
- A nawet i gdyby, to co? Zima znaczy będzie ostra. Wy to Lisoniowa zawsze z jako straszno historio wyskoczycie. Niech i sobie łazi. Powiem wam, kto to widział, żeby tako poro bydełko na noc zostawiać przy zielonym. Jędrzejowa zawsze najmądrzejsza to i sobie teraz po połoninkach za nim polata. O idzie…
Zerknąłem we wskazanym przez brodę Kowalikowej kierunku. Takie same filcaki, ten sam przygarbiony, ale żwawy chód, chusta tylko haftowana w nieco inne wzory. W żaden sposób nie było widać po niej niedawnego spotkania z niedźwiedzią bestią.
Nie poczułem wtedy zimnego ukłucia niepokoju, słuchałem, co prawda rozmowy, ale cóż to miało wspólnego ze mną? Właściwie nie ma co ukrywać, że byłem nieuleczalnie, romantycznie i młodzieńczo zakochany w Bieszczadach, miewałem momentami przebłyski bluźnierczej myśli, że moja miłość może nie być odwzajemniona. Zdarzało mi się też, na krótką chwilę przyznać, iż uczucie to jest trudne i skomplikowane, ale to chwile zaledwie, znikające w naiwnej młodzieńczej fascynacji. Gorzała ona we mnie wiarą, iż góry nie mogą uczynić mi niczego złego.
Ten stan miłosnego uniesienia podsycały jeszcze przypadki i szczęśliwe zbiegi okoliczności. Właśnie dzięki takiemu zbiegowi okoliczności trafiłem do Staszka, inżyniera z Warszawy, który przeniósł się tu, by na odludziu wybudować dom i założyć stadninę. W końskim interesie pomoc zawsze jest mile widziana, więc powitano mnie z otwartymi ramionami. Dwa dni później obejmowałem posterunek na wysuniętym, samotnym pastwisku za schronienie mając niewielką izbę zbitą z desek owiniętych foliowymi workami pod pokaźnych rozmiarów wiatą. Reszta zadaszonej przestrzeni była noclegiem dla dwudziestu jeden koni, pozostawionych pod moją opieką.
Do najbliższej wsi była godzina jazdy wierzchem, nie przeszkadzało mi to, a cotygodniowe wizyty w sklepie urastały do rangi wydarzenia kulturalnego rekompensującego całkowicie samotność. Tego dnia było podobnie. Chciwie słuchałem wiadomości przekazywanych z melodyjnym ukraińskim akcentem i napawałem się obcowaniem.
Wszystko, co dobre kończy się jednak, by mogło zacząć się lepsze. Przytroczyłem worek z prowiantem do siodła i ruszyłem w drogę powrotną. Późne popołudnie i rozsądek nakazywały pośpiech nie miałem jednak ochoty się śpieszyć. Chciało mi się śpiewać. Była to moja ostatnia wizyta w sklepie, pod koniec tygodnia miałem wrócić razem z końmi do stajni, kiedy więc minąłem ostatnie chałupy zawyłem, jak mi się zdawało czysto i śpiewnie, a echo poniosło mój ryk nieludzki w knieję, dając dzikiej zwierzynie czas na ucieczkę. Wypływała ze mnie ta pieśń przedziwna, aż do granicy lasu gdzie zamilkłem onieśmielony nieco ciszą, jaka przywitała jeźdźca i jego wierzchwca. Zmierzch straszył mrokiem, na wąskiej ścieżce potęgowany jeszcze przez cień, jaki dawały drzewa.
Koń zastrzygł uszami. Wsłuchałem się w ciszę. Skądś tam dobiegł tubalny ryk, bóg wie jakiej, dziczyzny. Wierzchowiec zatrzymał się i zaczął przestępować niespokojnie z nogi na nogę.
- Spokojnie Konsola – poklepałem ją uspokajająco po szyi
– To gdzieś daleko. Idziemy, śmiało.
Przyłożyłem łydkę i ruszyliśmy. Jednak niepokój konia i mi się udzielił, śpiew wypadł raczej blado. Zamilkłem, tym bardziej, że klaczkę zdawała się denerwować jeszcze bardziej ta radosna twórczość. Milczenie było naszym towarzyszem w reszcie drogi powrotnej. Dopiero widok majaczącej w ciemności wiaty i rżenie witających nas z daleka koni, wrócił ducha.
Tego wieczora z radością powitałem płomień naftowej lampy, światło rozpraszało lęk, oddalało obawy. Zamknąłem na skobelek zbite ze sobą deski udające drzwi, położył się na posłaniu ze słomy i odetchnąłem głęboko.
- Jeszcze chwila i zasnę – powiedziałem do siebie gasząc lampę.
Sen przyszedł szybko, od razu ciągnąc mnie na głębię. Śniłem jelenie na rykowisku i wiedziałem już, jakie zwierzę napełniło nas niepokojem. Zapewne uśmiechnąłem się przez sen i śniłem dalej sny, których nie pamiętam.
Obudziły mnie deski trzeszczące pod naporem dzikiej, brutalnej siły. Cała buda razem z łóżkiem kołysała się i gruchotała. Po omacku zacząłem szukać lampy, nie wiedząc jeszcze śni mi się, czy to jawa? Narożnik przy drzwiach zatrzeszczał złowieszczo.
- Matko boska, zaraz to wszystko rozleci się w drzazgi! – zawołałem w myślach.
Ręce telepały się klaszcząc o napotkane sprzęty. Wreszcie odnalazłem i jakimś cudem zapaliłem lampę.
Jędrzejowa na własne oczy widziała, że to lokis… – powróciło echem zdanie sprzed sklepu.
- Już po mnie… – pomyślałem myślą równie rozdygotaną co dłonie.
Unosząc lampę rozejrzałem się po izbie nagle ożywionej potwornością natury.
Kantar, siodło, kapelusz, łopata, młotek, nie rozpakowane żarcie…
- Chryste, co ja mam tego niedźwiedzia łopatką zatłuc? – myśli galopowały wraz ze wzrokiem po nielicznych sprzętach. Deski gięły się i trzeszczały coraz bardziej. Skobelek trzymał jeszcze jakimś cudem. Jeden celny, a przypadkowy cios z zewnątrz otworzy jednak niedźwiedziowi drogę do środka. W chybotliwym płomieniu lampy coś błysnęło krótko srebrnym blaskiem.
- Siekiera! – zawołałem i chwyciłem narzędzie ukryte pod słomą zaścielającą podłogę.
Drewniany trzonek zakończony naostrzonym kawałkiem metalu przemienił mnie nieoczekiwanie z ofiary w obrońcę. Trzymałem ją mocno zaciskając na gładkim drzewcu palce. Nie miałem, dokąd uciekać. Jedyny ratunek czekał na zewnątrz, ratunkiem była w walka! Strach to broń potężna zdolna przemienić człowieka w Athyllę…
Postawiłem lampę tak, by świeciła zza pleców, to dawało mi przewagę.
Wszystko znów się zatrzęsło, zakolebało cud boski sprawił, że nie zawaliło się grzebiąc mnie pod stertą desek. Albo teraz, albo nigdy!
- Aaaaaa!!!
Opętańczo wrzeszcząc, z uniesioną nad głową siekierą, potężnym kopniakiem otwierając drzwi wypadłem na zewnątrz. Ciemność czekała na mnie, razem z dzikim sercem Bieszczad bijącym w piersi głodnego niedźwiedzia.
Wskoczyłem w nią bez wahania. Z duszą wojownika i szaleństwem w oczach ruszyłem walczyć o życie.
Zamarłem dostrzegając przeciwnika…. Krowy też znieruchomiały przestraszone.
W pierwszej chwili nie dotarło do mnie, jakie spotkało mnie szczęście w postaci bydła rogatego Jędrzejowej ocierającego się ze wszystkich stron o bacówkę, jakby je stado pcheł po tyłku gryzło. W narodzonym dopiero co herosie obudziła się furia i gniew prawie boży. Gdyby nie siekiera w rękach zapewne ciskałbym w mleczne stado gromami.
- A żeby wam nogi kopytami do samej dupy obrosły, zabłąkane bydlęta!!! Żeby wam mleko w cyckach skisło!!! Żebyście chciały się wysrać i nie mogły!!! Żeby was śnieg poparzył!!! Żebyście po wodzie chodziły, a napić się nie mogły!!!
Krzyczałem tak jeszcze długo dając upust nagromadzonej energii i fantazji. Potem zacząłem się śmiać. Zdawać by się mogło, że to góry śmieją się echem razem ze mną lub ze mnie rade z dowcipu i miłości nie do końca odwzajemnionej.

Hahahaha. Jak cudnie przerwać ciszę gromkim śmiechem :))))
Miło mi, że wywołałem uśmiech Kasiu:)
Najważniejsze, że ta cisza nie straszy niepewnością. :)
Bosz, jak ja tu lubię przy kawie posiedzieć. Gdybym jeszcze potrafiła nie plamić swego monitora. No, ale czyż można powstrzymać autentyczne odruchy, przy TAKIM tekście:>?!
Dobrze, że niektóre życzenia są tylko z gatunku “pobożnych” inaczej mogłabym być pozbawiona przyjemności jedzenia wielu wspaniałych serów, że o jogurtach nie wspomnę;-).
A propos strachu…
Jednym on dodaje skrzydeł u nóg, w innych wyzwala amok walki, a pewna (nie)rozsądna bardzo blondynka znalazłszy się w Puszczy Amazońskiej z chwilą zagrożenia zaczynała śpiewać. Działało to odstraszająco na niektóre strachy. Wadę czasami można atutem uczynić;-).
Kasiu, ma się ku lepszemu:) Jeszcze dwa tygodnie przymusowego odosobnienia i “hulaj duszo piekła nie ma”:)
Maro dużo bym dał żeby zobaczyć twoje “autentyczne odruchy” i ich efekty:D
Od Blondynki, o której mówisz, chciałbym “zapałki życzeń”, nie dla siebie, ale chciałbym;)
Ok. Poprawię tylko fryzurkę i przy kolejnej salwie śmiechu prześlę jutubem;-).
Kategoria „Dobre życzenia” winna być zawsze spełniana, to oczywiste, Smutasku. Widzę, że sięgamy na tę samą półkę;-).
Zdrówka Smutasku:-).
:)