Osoby:
Ryszard-synek – główny kapiący, głowa rodziny
Babcia-mama – krwi błękitnej Natenczas nieco winem zaciągniętej. Rodzicielka Ryszarda.
Zofia- żona Ryszarda
Sławek – sąsiad z piętra. Były bokser, obecnie kierownik stacji benzynowej ze znajomościami w środowiskach różnych
Andrzej - sąsiad z 1 piętra. Architekt solidnie w solidarną konspirę zaangażowany.
Synek - nieletni bardzo syn Ryszarda i Zofii, przez babkę przyuczany. Odporny jeszcze na uszlachetniające napitki, ze względu na wiek, ale do kart już zdatny.
Grosz – sąsiad z naprzeciwka. Ojciec wcielonego nieszczęśliwie syna.
Miejsce:
Mieszkanie Ryszarda i Zofii na trzecim piętrze bloku spółdzielczego w mieście rewolucyjno stoczniowym. Chwilowo zamienione na barykadę w celu przełamania państwowego monopolu spirytusowego.
Czas:
Końcówka zimy okrutnej roku pańskiego 1981, czyli czas wojenny.
———————————
- Rysiu! Leci!
Wołanie Andrzeja dobiega zza zamkniętych drzwi kuchni. Rysiu pośpiesznie opuszcza posterunek przy drzwiach wejściowych i na paluszkach pędzi za radosnym wezwaniem.
- Synek chodź normalnie, w swoim domu jesteś.
Rzuca babcia do przemykającego przez przedpokój cienia, który odburkuje coś niezrozumiale. Potem staruszka zerka na wnuka wczytującego się w broszurę „Kulisy stanu wojennego” i uśmiecha się ciepło.
- I czego tak krzyczysz? Słychać cię na klatce.
Szepcze Ryszard uchylając lekko drzwi do kuchni i wciskając się do środka.
Pełno tu poskręcanych przedziwnie rurek, a wielki gar na gazie pyrka wesoło przez szybkowarową dyszę.
- Nie krzyczę. Informuję.
Odpowiada urażony do żywego Andrzej ze szklanką w ręku i szerokim uśmiechem na twarzy. Pyta:
- Próbujemy?
- Co tak krzyczycie?
Drzwi uchylają się znowu, a w szparze pojawia się głowa Zosi. Nie było im dane spróbować.
- Przecież nie krzyczymy na rany boskie! Co tu robisz? Miałaś pilnować przez okno.
Ryszard odwraca się do żony dźgając ją wzrokiem. Zosia kiwa z politowaniem głową.
- Śmierdzi tak, że gdyby ktoś chciał donieść, to już byśmy tu mieli nalot. Zimno w tym otwartym…
Przerwało jej brutalne łomotanie pięścią w drzwi połączone z przerażającym: „Otwierać!!!”. Powietrze ścina się w galaretkę, tylko z kranika dochodzi cichutkie, wesolutkie: kap, kap, kap…
- Otwierać!
Drzwi zatrzęsły się ponownie.
- No i widzisz…
Wyszeptał dramatycznie Ryszard, nie wiadomo do kogo w drodze na szafot.
- Szkoda żeby się zmarnowało…
Andrzej szybkim ruchem przechylił szklankę opróżniając ją do dna. Traci na moment oddech i chyba czucie w członkach.
- Żeby wam tylko nic od tego nie było.
Mówi Zosia z podziwem obserwując heroiczną walkę Andrzeja o utrzymanie świadomości.
Rysiu w drodze do drzwi zagląda jeszcze do pokoju i wyrywa dziecku „bibułę”, wciskając ją za książki w półce.
- To akurat, mamo, wydała UB-ecja. Sprawdzaj, co dajesz dziecku do czytania.
I już jest przy drzwiach. Zerka przez judasza. Otwór zasłonięty z drugiej strony. Ciemno, nic nie widać. Gospodarz rozdygotaną ręką przekręca zamek.
- Już otwieram, już…
Drzwi otwierają się z łoskotem pchnięte od zewnątrz. Do mieszkania wpada krępy jegomość o kędzierzawych włosach i wybucha powstrzymywanym dotąd śmiechem.
- Mieliście na mnie poczekać!
Skarży się, a jego słowa echem odbijają się na całej klatce.
- Sławek, jak rany! Boga w sercu nie masz!
- Szkoda, mogliby cię zamknąć. Miałbyś piękny ślad w życiorysie…
Z wyraźnym żalem w głosie mówi babcia i wraca do mieszania niebieskiej krwi z czerwonym winem.
- Co to znaczy “ślad w życiorysie?”
Pyta wnusio pozbawiony tymczasowo lektury.
- To znaczy, że wsadzany jest bohaterem, a wsadzający świ…
- Mamo! Karty przeboleję, ale tego już za dużo. Ja ci to wytłumaczę synek, wieczorem.
-Akurat
Mruczy babcia pod nosem, kiedy jej syn znika za kuchennymi drzwiami popychając przed sobą słaniającego się ze śmiechu Sławka. Andrzej siedzi z nieprzytomną miną na taborecie.
- Można by tym oślepić szwadron ZOMO.
Mówi nie poruszając się, rozmarzonym wzrokiem podziwiając obraz, jaki podsunęła mu wyobraźnia.
- Daj szklankę.
Rysiu chwyta szkło wciąż ściskane miłośnie przez dłoń przyjaciela.
- Rysiu! Rysiu!
Dramatyczne wołanie dobiega z drugiego pokoju, gdzie Zosia powróciła do obserwacji przedpola.
- Jezusie! Czego?!
- Chodź tu natychmiast!
Kategoryczny ton nie pozostawia miejsca na manewr opóźniający.
- Idę! A wy nie pijcie, tylko do butelki!
Żona niespokojnie zerkała na chodnik spoza firanki. Przez otwarte okno wdziera się do mieszkania obezwładniający chłód.
- Są.
Wyszeptała.
- Kto?
Zapytał również szeptem Ryszard.
- Jak to, kto? Stoją przed klatką. Dwóch.
- Wiedziałem, że ktoś musi zakablować…
Nie dokończył tylko obrócił się na pięcie i wrócił do kuchni.
- A pamiętasz Andrzejku, jak ci kudły w 70 obcięli?
- Pamiętam. Jechałem do Miastoprojektu. Kolejka zatrzymała się przed stocznią. Drzwi się otworzyły, a my jak głupki poszliśmy po torach, bo nie było wiadomo co się dzieje…
- Chyba nas mają! Rozbieramy to ustrojstwo, może się uda.
Przerwał bezceremonialnie wspominki Rysiu, podszedł do kuchenki i wyłączył gaz pod garnkiem.
- No już chłopaki! Stoją na dole, jak wejdą będzie po nas.
Demontaż szedł sprawnie, przy wtórze nawoływania babci z drugiego pokoju o walce wszystkimi możliwymi metodami.
Było już prawie po wszystkim, kiedy lekkim pukaniem drzwi oznajmiły „gości”. Babcia zamilkła. Rysiu zastygł z ciepłym wciąż garnkiem w rękach. Zosia rzuciła się do syna siedzącego w drugim pokoju. Andrzej nic nie zrobił, tylko się nie poruszał. Sławek za to z obrzydzeniem wrzucił do zlewu trzymaną w ręku spiralnie zwiniętą rurkę.
- Chryste! Wykończysz mnie dziś!
Zasyczał Ryszard.
- To ja otworzę…
Stwierdził Andrzej i ruszył do przedpokoju.
- Miałem kurwa kiedyś stację…
- Tak Sławeczku, a teraz będziesz miał własnościowe 2×2 i udział w cechu bimbrowniczym. Może nas nawet pokażą w telewizji, na tle czołgu antyspekulacyjnego.
Garnek znów wylądował na kuchence. Zapadła martwa cisza, w którą jak wystrzał wdarł się cichy szczęk zamka, a potem radosny głos Andrzeja.
- To Grosz. Na dole stoi jego ”młode” z kolegą. Zwiali z jednostki, trzeba im jakoś pomóc.
- Chwała bogu. Zaraz tę maszynę wypierdolę za okno, lepiej dezerterom pomagać niż jeszcze raz przechodzić przez takie nerwy.
Rysiu opadł na taboret i odetchnął głęboko. Sławek łakomie przyglądał się bimbrowni, babcia z pokoju wołała:
- Ucz się synek, na dole stoją prawdziwi bohaterowie!

Za “szybkowarową dyszę” nie dam sobie głowy obciąć, chyba była taka, ale nie pamiętam dokładnie, pasowała mi po prostu:D
: ))) i śmieszno i straszno.
Straszno, Kasiu? Toż to samo życie w zwariowanych latach PRL-u, świetnie (jak zwykle) zobrazowanych przez Smutaska:-)!
Zarąbista rodzinka. Szkoda tylko, że strach zwyciężył, a bimber wylany. Taką “walutę” zmarnować! Synek budził przecież nadzieję;-).
Ubawiłam się setnie. Dziękuję:-).
Troszkę straszno też jest…
Dobrze, że zacier wylano przynajmniej na własne oczy zobaczyli upadek PRL-u, a w odbieraniu wzroku podobno najlepsza jest “karbidówka”, czy jakoś tak…;))
‘81 różnie wspominam. Straszno też. Ale nie o tym teraz.
A co do Smutasa, to fakt- ma dar “uśmiechania” innych.:))
/i pewnie teraz jak to przeczyta, to będzie się wzbraniał, że to żaden dar/;)
“Dar Pomorza” Kasiu:D
Może morze i pomoże w tym darze:P