Pochmurno, ale ciepło, byłem po ryż, który skończył się nie wiadomo kiedy, to wiem.
Przejrzałem już wszystkie blogi, które odwiedzać po prostu muszę, tak jak muszę oddychać. Dookoła Macieju leci song, prześladowca. Niech go cholera, nie nudzi się. Smętne to takie, a lepi się wręcz obrzydliwie.
Wstaję i idę się ubrać. Ile można siedzieć w pidżamie? Skarpetki gdzieś polazły. Nie mają co robić tylko chodzić. Znalazłyby sobie inne zajęcie np. mogłyby grać w kierki. Nie rozłaziłyby się wtedy Bóg wie gdzie. Zamiast skarpetek znalazłem torbę. Już się nie wkurzam na skarpetki. Przebierając swobodnie palcami od nóg wypakowuję zawartość. Na wierzchu świeżutkie pachnące, zielone, sztruksowe bryczesy i flanelowa koszula, pod nią zamszowa kutra i rękawiczki. Na samym dnie wyglansowane na błysk sztylpy. Na krótszym boku, w osobnej siatce, buty, prawie świecą przez folię. Miętoszę prze chwile te rzeczy w rękach, a ta cholerna melodia dudni, mi we łbie.
O tej porze jest tu cisza i spokój. Wszyscy wcinają niedzielny obiad, a ja zakradam się do siodlarni. Chryste, ależ ono ciężkie. Popręg pęta mi się między nogami i dzwoni zdrajca judaszowy.
Mr. T patrzy na mnie dziwnie, próbuje mnie podszczypywać. Posapuję i klnę pod nosem. Boks jest ciasny, bo stajnia jest niewielka. Nie mam na szczęście wiele roboty z czyszczeniem.
- Dbają o ciebie. To dobrze. Nie gniewaj się, dbałbym sam…
Kopyto ląduje mi na stopie, nie jakoś mocno, na tyle jednak żebym pojął, co prawda, a co fałsz. Nie mogę się za to gniewać.
- No tak, masz rację, do szczotkowania specjalnej siły nie potrzeba, ale nie jesteśmy sobie znowu obcy?
Prycha, jakby odpowiadał, rzuca głową. Nie żeby mnie rozumiał, to tylko ja tłumaczę sobie to w ten sposób i wierzę święcie, że tak jest.
Siodło stawia opór, nie chce wylądować na grzbiecie. Czaprak zsuwa się. Dopiero trzecia próba zostaje uwieńczona sukcesem. Jestem już cały mokry, ale odpocząć będę mógł kiedy zaciągnę popręg. Zapaliłbym sobie teraz i odpoczął, tylko, że nie palę już od jakiegoś czasu. Stoję, więc z końskim łbem na ramieniu i dyszę.
- Jestem chyba pierdolnięty…
Szepczę czule w końską szyję i otwieram boks. Teraz będzie naprawdę trudne, konfrontacja z M. Będzie zły, pewnie mnie zwymyśla, może wyzwie, ale ja już będę wtedy siedział w siodle i dźwigiem mnie z niego nie ściągnie, chyba żeby zaczął strzelać. Czy M. ma strzelbę?
W przeciwieństwie do bocznych drzwi, te szerokie wychodzą na podwórko. Zanim dojeżdżam na jego środek już mam towarzystwo.
- Co to…
Nie poznał mnie w pierwszej chwili. Staram się uśmiechnąć i zaczynam od „przepraszam”.
- Złaź! Złaź natychmiast!
- Nie mogę, jak Boga kocham nie mogę.
- To ja cię ściągnę. Dorosły facet kurwa mać!
Rusza na mnie. Pociągam lekko wodze i Mr. T cofa się.
- Daj spokój. Proszę. Nie strasz konia.
M zatrzymał się. Jest zły, bardzo zły, ja to rozumiem. Po pierwsze zakradam się jak złodziej do jego stajni. Po drugie zabieram konia, co z tego, że mój? Po trzecie zachowuję się jak szczeniak, on przecież odpowiada tu za wszystko, jemu się do tyłka dobiorą, smrodu narobią gdyby coś się stało. Po czwarte on wie i boi się dwa razy więcej.
- Uciekniesz mi?
Nie odpowiadam. Proszę tylko, w duszy: Dziś już niedziela.
- Nawet toczka nie założyłeś.
- Stępa będzie, bez brawury.
- Z brawurą to ja ci dupę skopię, jak wrócisz… Spierdalaj. Stajni sobie nowej poszukaj.
Odwraca się i odchodzi.
Gdzieś tam, w środku gra ta durna piosenka.
Mr T wywozi mnie za tory, na rozstaje. Lewo działki, prawo las. Powolutku z namaszczeniem mijamy pierwsze drzewa. Wiatr nie urywaj nam już głów, szumi tylko nad nami z rzadka zapuszczając się na leśną drogę. Koń się uspokaja, poklepuję go po szyi i nucę na głos. On jakby czuł, co to za melodia, że wiatr nie tylko między konarami hula, ale i po duszy. Robi mi się lekko, spokojnie, nie czuję zmęczenia, nogi pewnie trzymają się w strzemionach, smyczki ruszają forte. Lewa trochę do przodu, prawa ciut w tył, wypchnąć siodło lekko przed siebie. To tak samo, beze mnie… Mr. T nie potrzebuje niczego więcej, też słyszy te dźwięki. Jest taki jak ja, ja jestem taki jak on. Drzewa ruszają z miejsca galopem, wiatr ściga je wygwizdując radośnie melodię. Łzy same spływają z oczu. Motyle lęgną się stadami…
Wiesz już jak to jest? Czym jest? Co mi daje?
Przestań czytać, rozłóż teraz, w tej chwili, szeroko ramiona, zapomnij gdzie jesteś, zapomnij, kim jesteś. Weź kilka głębokich oddechów i powiedz mi, powiedz, czym jest szczęście.
Muzyka ucichła, chowam torbę do szafy. Gdzie jest ta skarpetka? Dlaczego mam mokre policzki? Weź się w garść, dziś już niedziela! Nie czas na takie rozklejanki, ważne, że pamiętasz jak to jest.
Mr. T dziś nie ma czasu, wiem, bo dzwoniłem, M. mnie zbeształ za głupie pomysły. Wiatr wieje, w duszy się roi. Koń ma stajnię, ja nostalgiczną niedzielę, bo dziś już niedziela, prawda?

:) :):) pomimo pomiędzy
z motylami :)
Dobrze jest mieć taką szkatułkę wypełnioną po brzegi, w której mieszkają wspomnienia,uczucia, emocje i kolorowe motyle:-)
Bazylio, niezmiennie:)
Ostoyo, witaj, a gdzie ci się jedno “y” zapodziało?
Zniknie “po”, między tylko zostanie. Jeszcze obaj się zespolicie w całość, Twój oddech z jego rytmicznym galopem.
Chwytaj chwile szczęśliwe:-).
Aaa , jak wrócę to chcę tu widzieć wypracowania na temat “szczęście”.
no właśnie …szczęście …rozłoże ramiona , poczuję wiatr we włosach, piękne dźwięki nie wiadomo skąd…szczęście…
Aaaasz będzie, co tylko chcesz, ale jak szczęśliwie szybko powrócisz:>.
Skompletowane skarpetki też szczęśliwym zbiegiem nazwać można. U mężczyzny, of course;-).
Do poczytania Farciarzu, trzymam kciuki:-).
:-) przy świecach spłonęło
Chyba mi się oczy spociły.Trzymam kciuki.
Aaa i szybko wracaj.
Wracaj szybko…
Smutasie!
Trzynasty wpis:) szczęśliwym niech będzie
Gdzie byś nie był ,myślą dopadnę wszędzie :)
Wracaj warciutko , nie musisz byc rumiany
Możesz być wyciszony a nawet zaspany!
Czy masz chociaż blade pojęcie
Że Twoja obecnośc to wielkie jest szczeście:))
No dziewczynki i chłopaki , teraz Wasza kolej, bo o szcześciu ma być mowa:)
szczęście ma zapach siana
gdy dzień niespiesznie przebiega letnim polem
w rżysku rżą żaby chichotem niezmiennym
a bocian na chudych nogach kręci głową w zadumie
szukając dziury w całym
szczęście próbując długim dziobem
:) /nie wiem, skąd mi te bociany?/
Kasiu, bocian bocianem ale skąd wytrzasnęłaś rżące żaby w rżysku : -)
To pewnie z nadmiaru szczęścia : -)
Babcie mówiły,że jak bocian krąży to cosik przyniesie w beciku :> Kasiu,,,,,
:)
Cześć… Dziewczyny sie starały!
Cześć Tomku:D fajno, że już jesteś!
Witaj : – ) Wędrowcze,,,,,,,,,,,