Czy ja mogę mówić do Pani po imieniu?
Bo to czasu brak, a ciuciubabki nie lubię
Niech i Pani ze swojej pamięci wyłowi i moje
Nie trafiają do mnie rykoszetujące słowa
Tak sobie myślę, że lepiej by nam było
Gdybyśmy od początku nie bali się siebie
Win i usprawiedliwień nie szukali poza nami
Ot, gdyby nam się było tak po prostu, zwyczajnie
Mówiłem już Pani, że listy mi z trudem przychodzą?
Nie umiem sam z siebie ostrożnych słów stawiać
Twarde i byle jakie, jak zwiędły kwiat kalafiora
Że treści nie pozbawione? Nie wiem, być może
Niby rozmawiam z Panią, a jednak milczę
Pani też niby mówi, w niby zawiera nam się teraźniejszość
Więzi nas w sobie przeszłość i nadzieja na wszystko
Niby żyć będziemy póki któreś z nas się nie odwróci.

Proszę Pana , Panu tak ładnie w słowach
Niech Pan się nie śmieje, ja wiele nie chcę
Kilka metafor podrzuconych nad ranem
Parę porównań do poduszki
Listy łatwiej się piszą, gdy dalej nam do siebie
I ładnie pachnie “proszę Pani”
Gdy otwieram kopertę jak serce
/Proszę Pana, jutro znów napiszę/
Tak by się chciało,
żeby listów było mało
Żeby ich pisać nie było trzeba
Tak by się chciało,
bo to, co się ma to tak mało?
:)
Proszę pana, mnie ten kalafior,
nawet zwiędły, poruszył najbardziej,
tylko pan umie ubrać w poezję
moje ukochane żarcie…
(mam nadzieję, że się nie gniewasz za trywialny wierszyk, ale to przez te twoje muchy i komary, jak tu wchodze, to zaraz myślę, że będzie wesoło…)
:)