Nic tak nie pomaga wyjść z dołka jak opowiadanie o mało istotnych pierdołach. Niech, więc stanie to opowiadanie.
Errata – Niech się stanie opowiadanie.
“Niech stanie” może zabrzmieć dwuznacznie i mało poprawnie, w kontekście zwłaszcza.
____________________________________
Stoję i leję. Jezu, ale to fajne uczucie - lać.
Takie sikanie to frajda jak jasny gwint. Gdyby tylko nie ta rurka z przymocowaną na jej końcu butelką… Eee, co tam, po obchodzie ją wyjmą, a tymczasem leję sobie beztrosko i jest bosko. Wczoraj tak nie było.
Zabrali mnie z samego rana zaraz po tym, jak nieświadom następstw odlałem się przed operacją (nigdy nie miałem z tym problemu). Właściwie, co to za operacja? Laparoskopia to nie jest prawdziwa operacja, kilka dziur w brzuchu, które będą wyglądać jak blizny po postrzałach… Kurcze! Można do nich taką historię dorobić, że żadna laska się nie oprze! Trzeba tylko wymyślić jak w nią wpleść dwa zdania: „Co ty wiesz o postrzeleńcach?” i „ Nie chce mi się z tobą gadać”… To drugie to chyba rano? O czym to ja mówiłem…? Acha.
Odlałem się przed tym „laparoskopowaniem” jak baran jakiś, albo inny mało rozumny zwierz, wskoczyłem na łóżeczko, a siostry powiozły mnie na blok operacyjny.
Ocknąłem się na “podwójnej” pooperacyjnej, w towarzystwie Krzysia i tą rurką wystającą z brzucha. Jeszcze mi nie przeszkadzała, ba, nie wiedziałem, że ją mam!
Chociaż dopiero co otworzyłem oczy to i tak chciało mi się spać dlatego mało zainteresowała mnie pielęgniarka mówiąca – Na siusiu, stawiając w zasięgu mojej ręki kaczkę.
„No jasne, że na siusiu” – pomyślałem i zapadłem w sen. Gdybym sobie przypomniał, że to siusiu to czynność nadrzędna za nic bym nie zasnął. Oczy zamknąłem „W samo południe” otworzyłem koło „15.10 do Jumy”. Nade mną znowu stała pielęgniarka.
- I jak? Jest siusiu?
Co ona tak się przykleiła do mojej uryny?
- Nie.
Odpowiedziałem i już miałem zapaść w dalszą drzemkę…
- Oj, to trzeba zrobić, bo będziemy musieli cewnikować.
Nie lubię tego słowa jeszcze bardziej od rurek wystających z brzucha. Spojrzałem na Krzysia, który z kaczką w dłoni patrzył na mnie nieprzytomnym z przerażenia wzrokiem. Poznałem po minie, że próbował.
- Ale ja miałem tam wszystko znieczulane. Nic nie czuję. Jak mam zrobić?
Wyszeptał trwożliwie.
- Niech się pan oklepuje.
Poradziła siostra wesoło i wyszła. Krzyś odprowadził ją tępym wzrokiem, a ja brutalnie i bezdusznie roześmiałem się. Od razu dźgnęło mnie sumienie od środka tępym bólem i umilkłem łapiąc oddech. Przy okazji odkryłem wspomnianą rurkę i buteleczkę. Przez dren sączył się powoli krwistordzawy płyn. Kurna, to ze mnie? To dobrze, czy źle? Matko jedyna, ile tego ma wyciec? Dlaczego ta butelczyna taka mikra?
- Nie dam rady. Flaka tam mam…
Wdarł się między wewnętrzne rozterki głos współtowarzysza. Spojrzałem na niego. Lewą ręką uniósł kołdrę, a prawą sięgał gdzieś głęboko pod nią nadzorując uważnym wzrokiem czynności wynikające z „sięgania”. Pościel na jego łóżku poruszała się niespokojnie.
- Tylko sobie krzywdy nie zrób.
Poradziłem odwracając się. Facet majstrujący w tych okolicach przy drugim facecie jakoś mnie rozbił wewnętrznie. Dla złagodzenia wrażeń zacząłem się wiercić. Tak zeszła nam godzinka lub dwie do ponownego pojawienia się, w otwartych drzwiach sali, pielęgniareczki.
- Jakieś nowiny?
Nie wiem jak udało jej się zawrzeć taki ładunek dobrego humoru w tak krótkim pytaniu.
- Ja nic nie czuję.
Oświadczył Krzyś kategorycznie postanawiając widocznie iść w zaparte.
- Wolno mi już pić?
Zapytałem przytomnie.
- Może pan sobie zwilżyć usta, ale proszę nie pić.
”No to jak ja mam się odlać? Przed operacją byłem w kiblu!” Zawołała przerażona wyobraźnia oglądająca właśnie cewnik ładujący się w…
- Do której mamy czas?
- O 18 kończę dyżur.
I wyszła.
Jasne! Idź sobie kobieto bez serca! Zostaw to wszystko w naszych bezsilnych, schorowanych dłoniach!
- Kurwa!
Czego by o Krzysiu nie mówić potrafił w jednym słowie zmieścić wszystko to, na co mi było potrzeba kilku zdań. Chwyciłem kaczkę i wcisnąłem pod kołdrę. Przyszedł czas na czyn. Jednak od zamiaru do czynu droga daleka. Nierzadko przesiąknięta potem, nasączona czerwienią nabrzmiałej od wysiłku twarzy.
- Ni chuja
Dotarło do mnie tuż przed 18.
- I jak?
Zapytałem bez sensu, odpowiedź bowiem padła z góry.
- Gdzie tam. Nawet goła dupa nie tchnęłaby w niego teraz życia.
Pożalił się przy akompaniamencie głośnego pierdyknięcia plastiku o metalową szafkę.
- A ja się odlałem wcześniej. Żebym mógł chociaż pić…
Zajęczałem spoglądając tęsknie na butelkę mineralnego żywca.
- Miałeś kiedyś cewnik?
W zadanym pytaniu zabrzmiało wyraźne zaniepokojenie.
- Miałem. Podobno wiele zależy od tego kto i jak zakłada. Może boleć jak cholera. Potem to też żadna frajda.
- Kurwa.
Znów celnie podsumował Krzyś.
- Pewnie zaraz przyjdzie?
Nie przyszła aż do 19.30. Objawiła się podwójnie, jako nowa, nocna zmiana.
- Jak się panowie czują?
Zapytała troskliwie chyba ta ważniejsza. Przysiągłbym, że obłudnie, bo zaraz padło:
- Kaczuszki pełne?
No jasne, że pełne! W mojej, na ten przykład, jest pełno powietrza, aż po sam wylot!
- Jeszcze nie? Umówmy się tak: Macie czas do 21. Połóżcie się na boczku i samo poleci. Jak się nie uda to nie będzie wyjścia, więc się postarajcie. Możecie się trochę napić, mały łyczek.
Ta milcząca przytaknęła i zostawiły nas. Rzuciłem się na wodę. Wciąż jest nadzieja…
Jeden mały łyczek, drugi mały łyczek, trzeci mały łyczek… Nie mówiła ile tych łyczków, tylko, że małe. Po piątym zdałem sobie sprawę, że jestem pełny, co w niczym nie ułatwiało sprawy. Położyć się na boczku… Na tym bez rurki znaczyło patrzeć na Krzysia podczas czynności pojedynczo intymnej. Krzysiu też się na mnie gapił, tak mu wypadało ze szwów.
Do dupy z takim laniem! Zakorkowałem się na dobre. O 20.30, tonąc w pocie, skrajnie wykończony, błagałem o śmierć. Miała mnie gdzieś, nie przyszła. W akcie desperacji przekręciłem się na ten „zarurkowany” bok. Na bezdechu skupiłem całą wolę i resztkę sił. W głowie zaczęło szumieć jak po bąbelkach…
Tryumfalne „Cha” i potężne westchnienie pełne ulgi oznajmiło mi tryumf Krzysia nad martwą postacią rzeczy. Spiąłem się jeszcze mocniej w sobie i…
Wzruszenie było tak silne, że pociekły mi łzy. Odstawiłem chlupoczące wesoło narzędzie tortur na szafkę.
- Zapaliłoby się teraz…
- No…
Wyszeptałem. Było bosko, prawie beztrosko.

baaaardzo romantyczne ;>
po poderżnięciu gardła tez mnie coś podobnego spotkało.
“jakieś nowiny ” , wlaściwie to nie ma śmiechu , ale jak się powstrzymać :D
Jako żywo staje mi przed oczami , mina znajomego, który sugestywnie opowiadala o swoim wydalaniu kamienia nerkowego :) przy zdaniu mniej wiecej brzmiacym tak …. kiedy ostatnie sprężenie posladków, mialo zwieńczyć mozolną i ciernistą drogę kamienia i ukazać go światu w obrebie miski klozetowej, przemknęłą mi przez głowę myśl, czy aby jego szorstkość nie zbruka idelanej gładzi całkiem nowego porcelitu i kiedy na chwilę wstrzymalem oddech by zaraz gromkim krzykiem oznajmić sąsiadom nowinę….rozlegl sie huk tak wielki, że nie baczac na ból sprawdzić zapragnąłem czy kamień muszli nie rozbił ….płakaliśmy ze śmiechu, a znajomego rubaszny głos do dzisiaj pamietam:)
Pogratulować wizualizacji słowem , smutasie :D
Niezaprzeczalną zaletą internetu jest fakt, że można się z siebie nabijać do bólu, a jeżeli się skompromitujesz możesz zniknąć jak kamfora. Realnie nie da się tego zrobić. Szczególnie jak masz wrażenie, że wszystko sprzysięga się przeciwko tobie to nie ma gdzie się schować.
Podrapał mnie kot tak, że sznytę mam jak bruzda na polu. Mój własny kot, co go od śmierci uratowałem, jak za oseska zdychał prawie. Spadły mi włosy w towarzystwie. Nie macie pojęcia ile czasu i pieniędzy kosztuje żeby wyglądało to wszystko naturalnie. Nie mówiąc o tym jakim kretynem trzeba być żeby te pieniądze w imię nie-wiadomo-czego wydać, bo przecież nie normalności i pogoni za ogólną kompromitacją. Pierwszy raz w życiu uciekałem z knajpy przez własną próżność! Na koniec poparzyłem się wrzątkiem, skóra mi złazi i boli jak jasna cholera. Moja złość osiąga dziś natężenie trąby powietrznej. Zły jestem na wszysto i wszystkich, od siebie zaczynając.
Gdzie jest książka skarg i zażaleń?!
można także nabijać się z bólu (własnego oczywiście), jeśli nie pozostaje nic innego.
tylko dystans może nas uratować. i wiara w cud…
A ja przekornie powiem dzień dobry ! i uśmiech poślę…bo nigdy nie jest tak źle, żeby nie moglo być gorzej ;) zawsze mozna właśną dumę uczesać, jeśli tylko się chce, albo na życzliwość kogoś poczekać ….to co smutasie, drapanko za uszkiem :) ? Pozdrwaiam śpiąco
Oj, cewnikowanie znamy i kochamy… Nie wątpimy, że sie inni do niego palą równie bardzo, co my…
Kawałek życia pokazujesz. Ja tak nie umiem i to mnie smuci. Chyba jestem zakłąmana po uszy…
Didixi, być może to ekshibicjonizm, skoro o pokazywaniu mowa. Ty potrafisz zaczarować świat, ja tego nie potrafię. Może jestem za płytki…
Dzień dobry Pszenno, uśmiech wzajemny, ale na misia się nie zgadzam.
Tak mademoiselle cuda i szybkie nogi bywaja przydatne, kiedy się chce zwiększyć dystans.
Dystans i małe łyczki?
Niech będzie, byleby ‘po’ zadymić można było.
Z papierosem lub bez, jak kto woli.
Siły:)
: -)))))))))))) wiem,,,,wiem,,,,nie powinnam,,,nie wypada,,,, Smutas wiesz co prawie posikałam się ze śmiechu : -) bez dystansu,,,,,,,,,,,,: -))
Powodzenia,,,
To pewnie przez TEN czas ta cisza….
Zapomniałem zabrać ze sobą podpasek żeby jakoś “TEN” czas przetrwać;))
Miło, że już jesteś…
Ja też myślę, że to miło Didixi:)
Ja jestem o tym święcie przekonana.
Święto, święta – niedaleko padają słowa;)