Mocuję się z pewnym tematem już od jakiegoś czasu. Spędza mi on sen z powiek i słowa inne wypędza z głowy. Co po pióro sięgnę to nabzdycza się we mnie, że krew się gotuje i ciska “kurami” na prawo i lewo. Żeby jednak zachować ciągłość (coś dziać się musi), włączyłem mikrofalę i odgrzewam to danie. Chociaż ono nie jest pierwszej młodości, to mam nadzieję wybaczycie mi i uśmiechniecie się mimo wszystko.
__________________________________________________________________________________________________
Głupich nie sieją.
Siedzę sobie opromieniany rytmicznymi rozbłyskami stroboskopowego światła i tak sobie myślę, czy to aby nie o mnie te słowa? Chciałbym w to wątpić, no chciałbym kurcze bardzo, ale jakieś ziarenko albo orzeszek, na barowym stołku zawieruszony uwiera mnie w dupsko, jak wyrzut sumienia.
Zachciało mi się empirycznie poprzeć teorię, jakoby młodzież była wspaniała, niegroźna i przyjaźnie nastawiona do tych, co jej brzemię, przynajmniej fizycznie, już z barków zrzucili. Natężając, więc szare komórki (szare to są u normalnych ludzi, co je do pracy zaprzęgają, u mnie w bieli nieskalanej się pławią), jąłem szukać odpowiedniej metody.
Pierwszą – spacer w sobotnią noc, odrzuciłem posiadając resztki instynktu samozachowawczego.
Drugą – posiłek w studenckiej stołówce, skreśliłem z dwóch powodów. Po pierwsze: nie wiem czy takie jeszcze są. Po drugie: jeżeli są, młodzież chciałem wysondować, nie wytrzymałość własnego żołądka.
Gdzie zatem młodzież chodzi? Gdzie można ją spotkać w obfitości i w naturalnym dla niej środowisku?
Za moich czasów masowo chodziło się na dyskoteki. Słusznie mniemając, iż niewiele w kwestii młodzieżowej kultury może się zmienić, odnalazłem kilka w moim mieście. Wybrałem oczywiście największą, żeby ogląd na tę wspaniałość mieć jak najszerszy. Odziawszy się, znów mniemając, w ciuch młodzieżowy ruszyłem w miasto.
Auto przezornie zaparkowałem w pewnej odległości od miejsca doświadczeń empirycznych i przetuptawszy dziarskim krokiem kilkadziesiąt metrów stanąłem przed pierwszym problemem, bynajmniej nie akademickim.
Najpierw to ja muszę się jakoś przedrzeć przez zwartą grupę nasto- i dwudziestolatków szturmujących wejście. Na szczęście barczysty jegomość z karkiem grubości mojego uda, pilnujący, by walka przy drzwiach przebiegała w sposób zgodny z zasadmi fair play, bezbłędnie wyłowił czerwone odblaski neonów na moich zakolach i zachęcająco jął machać na mnie ręką. Małoletni rozstąpili się jak Morze Czerwone a ja przez moment poczułem się jak Jack Nicholson paradujący po czerwonym dywanie.
- Stówka – uśmiechnął się „kark”, przemawiając do mnie ludzkim głosem i wyciągając rękę.
„Droga jest droga empiryzmu, a chwila nie trwa wiecznie” – pomyślałem wręczając banknot, dając się jednocześnie ostemplować niewidocznym stemplem przed przekroczeniem progu świątyni bitów.
Trasę do barowego blatu pamiętam mgliście ogłuszony, tuż za drzwiami, miarowym dudnieniem i kakofonią świateł.
Świat nabrał niejakiego sensu po pierwszym drinku wciśniętym mi w dłoń przez życzliwego barmana. Nie wiem, dlaczego uśmiechał się z politowaniem. A może to była troska?
Pokrzepiony nieco zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu przyjacielskich gestów, jakimi ta młodzież wspaniała miałaby mnie raczyć. Póki, co jedynie raczyłem się jej wspaniałością. Ta wspaniałość i kilka drinków doprowadziła mnie do wniosku, że ni jak nie da się oddzielić dojrzałego mężczyzny od samego mężczyzny, a wspaniałość jest wprost proporcjonalna do niedojrzałości zachowania. Niestety wniosek przyszedł, kiedy ja ze stołka zszedłem, dając się porwać transowemu rytmowi, więc mnie nie spotkał. Nie żeby taniec był zły, uwielbiam tańczyć, w parach szczególnie. Niestety moda poszła nieco do przodu, a ja nie poszedłem za nią, zatrzymując się gdzieś w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.
Po kilku nieudanych próbach integracyjnych postanowiłem wrócić na barowy stołek. Droga nie była prosta, jakby sie zdawać mogło, skręcała do toalety… Były dwie, jedna bez kółka, druga trójkącika. Przy czym: ta bez trójkącika nie miała też kółka, a ta bez kółka nie miała trójkącika (tak nadmieniam żeby to było jasne).
“Może ta dzisiejsza młodzież posiada talenta nieznane mojemu pokoleniu i takie drobiazgi nie są jej potrzebne?” Pomyślałem i zgodnie z własnymi przekonaniami otworzyłem te po prawej. Przy umywalce stały dwie panny z cudnej urody pępkami, więc wycofałem się szybko kierując się do drzwi po lewej. Na pewniaka pchnąłem je, jak John Wayne, te od saloon’u i wkroczyłem w świat… koedukacji. Całe szczęście, że oglądałem Ally McBill. Zamykając się w kabinie, słysząc za cienkim plastikiem dziewczęce chichoty i chłopięce rozbawione pomruki, poczułem się ciut nie na miejscu. Szybko opuściłem krainę, gdzie król już nie jest nigdy sam i przedarłem się zakosami do baru. Tu, wspomniane na początku, ziarenko vel orzeszek zaczęło mnie uwierać. Dotarło do mnie, że już życzliwości doświadczyłem. Nikt mnie, póki co, nie wyśmiał, od wujków, dziadków nie wyzwał. Wypiła nawet ze mną młodość zdrowie „troszkę starszej młodzieży”, co już samo w sobie stanowi pewien dowód na to, że nowe pokolenie jest przyjaźnie nastawione do świata. Mój eksperyment zaś zaczyna wkraczać na niebezpieczny grunt, wraz z uśmiechem i wilgnym wzrokiem, chyba dwudziestolatki, dwa stołki dalej. Zachowując resztki dojrzałej godności i rozsądku (jak bym go miał), pytając o drogę, dotarłem do wyjścia. Muszę uczciwie przyznać, że nie rzucił mi się w oczy, tak chętnie pokazywany przez filmowych twórców, obrazek z lekko przyprószonymi bielą nosami, ani połykanymi w pośpiechu pigułami, nieznanego pochodzenia.
Po samochód przyjechałem nazajutrz. Niedziela była piękna, słoneczna. Pospacerowałem trochę powolnym i dojrzale statecznym krokiem. Przechodząc zaś koło ulubionej kawiarni wstąpiłem na małą czarną i sernik na ciepło z zamiarem bliższego przyjrzenia się własnemu pokoleniu…

Niezmiennie zabawne, chociaz tę zabawność , a nawet jeszcze większą zyskuje wraz z upływem czasu :D
Ciekawi mnie jeszcze jedno ….. a wyobraźnia swoje wizje podsuwa … ten taniec to był ukladzik na cztery z obrotem? czy swobodne niczym nie skrępowane ruchy przypominające -prawie kroki księżycowe?
Staram się Pszenno nie pamiętać tamtego popisu, a co pamiętam natychmiast wpada w tryby mechanizmu wyparcia:)
To musi być wielki tryb :D